Stop, Budapeszt.

Wizyta w Budapeszcie, mimo że był to najdłuższy postój podczas naszej podróży, zajmuje stosunkowo mało miejsca w moim fotograficznym folderze. Może to dlatego, że po raz pierwszy 'prawidłowo' zwiedzaliśmy miasto z przewodnikiem? Lub tak intensywnie integrowaliśmy się w hostelu? A oba te aspekty akurat nie są dla mnie dogodną okolicznością do wyciągania aparatu. Parę sprzyjających momentów jednak również się znalazło...

Jak ten, gdy kierowca ciężarówki zostawił nas od razu w swoim pojeździe ze słowami: 'Tylko nie uciekajcie, za 10 minut powinienem być z powrotem.'

I podczas najdłuższego (względnie z najcięższym bagażem) spaceru przez najdłuższą ulicę Budapesztu.
Tego chyba nikt nie planował.

Na szczęście potem już bagaże leżały sobie spokojnie w pokoju, a ja znowu mogłam wskakiwać na murki.
Po kolejne niestandardowe widoki.

I choć sam pomnik zapewne nie byłby dla mnie wart uwiecznienia, to matka natura wprowadziła tu istotne poprawki.

A narzekania na mnogość turystów tłoczących się na punkcie widokowym mogłam rekompensować sobie takimi miejskimi krajobrazami.

Oraz panoramą Budapesztu oczywiście. Na zdjęciach jednak nie udało mi się odpowiednio uwiecznić jej piękna, więc pozostawiam tu tylko namiastkę tego klimatu i światła.

A żeby tradycji stało się zadość to i w tym mieście musieliśmy pobłądzić trochę nieznanymi uliczkami.
I tym razem tak się to skończyło...




Tak jak i cała już nasza wyprawa. Choć tak właściwie powrót zajął nam jeszcze trochę czasu, i poprowadził nas z powrotem przez Bratysławę, jak i Brno, a pamiątkę w postaci przeziębienia mam do teraz, ale... zdecydowanie warto było!
I piszę to siedząc na środku pokoju, na zakurzonej kanapie, podczas gdy z okna (lub też z powodu jego braku) wieje wiatr. Bo nawet to przypomniało mi o przyjemnie wietrznej pogodzie, która często nam wtedy towarzyszyła. A przy okazji chciałam tak optymistycznie zakończyć ten cykl, by zrobić tu miejsce na kolejne przygody.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz