Bałam się. Teraz też, ale mniej.

Wmówiłam sobie, że nikogo nie obchodzi moje życie. A potem przeżyłam szok, gdy okazało się, że nie jest to prawdą. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że komuś z blisko 200-osobowej grupy studentów chciało się tworzyć plotki akurat na mój temat?

Chciałam zostać kucharzem. Wbrew nieprzychylnemu nastawieniu bliskich i psychologów. Dzięki czemu po chwili nie mogłam już zrezygnować z dążenia do tego celu, a pochwały mojej wytrwałości i determinacji tym bardziej nie pozwalały mi dopuścić do siebie myśli zwątpienia (a przynajmniej nie oficjalnie).

Bałam się powiedzieć. Czegokolwiek. Bo nauczono mnie, że słowo raz wypowiedziane jest od razu wiążące.
No i że może też tak nie wypada, bo słowo to będzie skierowane do nieodpowiedniego odbiorcy lub wypowiedziane w złej chwili. I choć naprawdę lubię niektóre konwenanse (np. do tej pory pamiętam jak po studniówce, opuszczając hotel, specjalnie ściągałam już ubrany płaszcz, by kolega mógł mi go uroczyście nałożyć na ramiona) to lista tematów tabu jest dla mnie zbyt obszerna.

Dlatego też bałam się deklaracji i stałych decyzji. Bałam się, że powiem za dużo lub będę zbyt milcząca, starając się ukryć większość informacji. Bałam się, że jednak okaże się, że źle to wszystko zrozumiałam i nie tak powinnam żyć.

Już od jakiegoś czasu trwałam w przekonaniu, że powinnam żyć chwilą - cieszyć się tym, co mam teraz i nie odkładać zbyt wiele na później. Myślą przewodnią, trzymającą mnie przy życiu, była jednak paradoksalnie myśl o śmierci. Bo co jeśli okaże się, że nie tak miało być i coś pójdzie naprawdę źle? Zawsze alternatywą było samobójstwo. A optymistyczne myśli wywodziły się właśnie z tego najgorszego scenariusza.

W międzyczasie jednak zmądrzałam. Zrozumiałam, że nie muszę decydować się na skrajności. Że nie muszę określać się teraz już na zawsze. Niby są to oczywistości, które słyszałam już wcześniej, ale potrzebowałam dość dużo czasu, by je przyswoić. A nabyte w międzyczasie doświadczenie mi w tym pomogło. By zrozumieć też, że nie ma sensu 'palenie mostów' i zaczynanie wszystkiego od początku, a lepiej wykorzystać zasoby już zgromadzone i na nich też się opierać.

I skoro chcę przestać się bać, to w końcu muszę przeciwstawić się swoim lękom. I choć nie bałam się opinii publicznej, bo na tą uodporniłam się chyba aż za bardzo, to bardziej obawiałam się reakcji bliskich i tych, którzy powinni być mi bliscy. Myślę jednak, że zrozumieją i zaakceptują, tak jak chociażby zareagowała na mój tatuaż mama. A jeśli nie, to przecież zawsze zostaje ta jedna opcja... (Potraktowana tym razem z przymróżeniem oka.) Choć nie, tak źle na pewno nie będzie, nie teraz. Tym bardziej, że teraz mam silniejsze niż kiedykolwiek postanowienie, by już nigdy więcej nie dopuścić się do stanu, w jakim byłam ostatnio.

A że nie lubię postów bez zdjęć: dzisiaj, wybiegając na autobus...

Choć dalej nieco się boję. Ale już mniej. I jestem przy tym pewna swego i znam swój cel: realizować krótko- i długoterminowe plany. Bo życie wcale nie jest takie straszne i skomplikowane. Chyba że jeszcze się o tym dowiem i zweryfikuję te poglądy. Będę się jednak tym martwić wtedy. Tym bardziej, że ta chwila miała już przecież nadejść, a oczekiwane katastrofy musiałam jednak sprowadzać na siebie sama, bo czynniki zewnętrzne wcale tego za mnie nie zrobiły.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz