Wakacyjne migawki cz. II

Powoli żegnam się już z najdłuższymi wakacjami w swoim życiu. Czteromiesięcznymi! Chociaż czasu na leniuchowanie nie miałam akurat aż tak wiele. Bardzo mnie to jednak cieszy, bo już po miesiącu 'nicnierobienia' zaczęłam się naprawdę nudzić. Rozwiązaniem problemu okazało się jednak znalezienie pracy. Podczas której to doceniłam poprzedzający ją czas odpoczynku i to, że udało mi się już wtedy załatwić wstępnie wszystkie czynności związane z rozpoczęciem studiów oraz poszukiwaniem nowego lokum w stolicy.


I choć teoretycznie zostały mi jeszcze dwa tygodnie wakacji, to już na jutro przypada dzień mojej przeprowadzki. Tak długo wyczekiwany. Od trzech dni jednak napawający mnie również niepewnością i strachem. Całkiem naturalnym jednak. I niepozwalającym zapomnieć o wszystkich pozytywach z tym faktem związanym.
Żegnajcie więc pomaturalne wakacje w rodzinnym mieście! Witaj nowa przygodo!

Żegnam się też więc z przydomowym ogródkiem. Do którego uwielbiałam wychodzić codziennie rano i zrywać soczyste maliny oraz pyszne, małe pomidorki. Nawet gdy ranki bywały stosunkowo zimne, a ja nie miałam ochoty zakładać na siebie nic więcej niż tylko piżamę.

Witam się za to z Warszawą. Do której to miałam już okazję zawitać w te wakacje co najmniej dwukrotnie i zawieźć tam też parę sztuk powyższych serniczków. Wraz z uwielbianymi przeze mnie jagodami oczywiście. I równie lubianym kolorem lakieru na paznokciach, choć to zestawienie było tutaj akurat przypadkowe.

Celowo za to kupiłam na miejscu jeszcze jedną jagodziankę. W poszukiwaniu tej najlepszej. Zaskakująco jednak okazało się, że takowa właśnie znajdowała się dosłownie tuż obok mnie. W pracy, na ladzie cukierniczej w Sowie.

Równie pozytywnie zaskoczył mnie sorbet o smaku mango. Wybrany w ramach zastępstwa pistacjowej słodyczy, okazał się jednak równie dobrym, o ile nie lepszym nawet, wyborem.
Tak jak i, bazujące na śmietanie już, lody kasztanowe ze skórką pomarańczy. Jedzone w małej, poleconej przez Fabiolę, warszawskiej lodziarni. Gdzie jadłam też i ten pierwszy, ulubiony smak, lecz został on zdecydowanie przyćmiony przez to pyszne odwzorowanie kasztanów.
Choć i na rozkoszowanie się pistacją nadszedł odpowiedni czas - w przedostatni dzień pracy, zaraz po tym jak po jej zakończeniu znalazłam przy okazji 5 zł leżące na ziemi.

Jednym z posiłków, jedzonych w Gdyni podczas SeeBloggers u Pam, który nie tylko zapamiętałam, ale i po części odtworzyłam w domu, była natomiast owsianka. Przygotowana w niepraktykowany przeze mnie przedtem sposób, czyli bez gotowania, a tylko zalana jogurtem i odstawiona na całą noc do lodówki. Idealnie wpasowująca się więc w ideę przygotowywanych przeze mnie w te lato śniadań - stosunkowo szybkich, prostych i chłodzących.

Według kucharki z Ciasnej to stamtąd wyniosłam natomiast tęsknotę do ciecierzycowej pasty, przez co tak często przygotowywałam różne jej wersje u siebie w domu. I choć może być to po części prawdą, to jednak duże znaczenie miała tu na pewno szybkość i prostota wykonania smacznej pasty strączkowej. U mnie bazującej niekoniecznie na ciecierzycy, ale i innych warzywach, jak i z przeróżnymi dodatkami. Tutaj chociażby kakao, ale i kolorowe oliwki, jak i suszone pomidory, wykorzystywałam równie często.

Jak już jednak wspomniałam w innym poście, w wolne od pracy dni chętnie celebrowałam leniwe poranki. Dodając do porannego rytuału zbierania plonów na działce także powolne smażenie omletów, placków czy też gotowanie klusek. Ostatnio coraz częściej w wydaniu wytrawnym. Zupełnie odmiennie od serwowanych sobie niegdyś codziennie słodkich owsianek.

A przy tym starałam się oczywiście eksperymentować. I tym też sposobem przygotowałam ciasto na kluski, ostatecznie wylewając je jednak na rozgrzaną powłokę gofrownicy i na śniadanie zjadłam tak usmażone, miękkie placki. Następnego dnia natomiast moja masa knedlowa przekształciła się niespodziewanie w lądujące na wrzątku kluski. Podane z selerem naciowym, pomidorami i tahini. Co okazało się być bardzo smacznym 'nieudanym' posiłkiem.

W przeciwieństwie do tego tortu, który to od początku zapowiadał się wspaniale. Gdy tylko zobaczyłam pięknie wyrośnięty wierzch ciasta, od razu zawołałam też mamę, by porozkoszowała się tym widokiem. Niestety jednak moja odpowiedź na pytanie 'I co zrobisz, żeby teraz nie opadł?' ('Nic.') nie była chyba prawidłowa, bo...

Ciasto zmieniło się w uroczy grzybek, o wygiętym w druga stronę kapeluszu. Niezrażona tym jednak zabrałam się do dalszej pracy. Deprymujący okazał się dopiero wzrok siostry, która to nie omieszkała podzielić się przy okazji swoją opinią na temat wyglądu tortu. Co spowodowało u mnie depresję poprodukcyjną i parę niepokojących wiadomości, czekających na odczytanie przez solenizantkę.

W których to określiłam swój wyrób jako 'bombowy'. Z zewnątrz na prawdę przypominający bombę, a w środku... jeszcze nie wiadomo. Okazało się jednak, że warstwy tortu zostały pięknie zachowane i biszkopt przeplatał się idealnie z kremem o smaku gorzkiej czekolady oraz plasterkami bananów. Szczególnie jeśli chodzi o smak, który był niejednokrotnie chwalony podczas tego małego przyjęcia urodzinowego. Gdyby nie trudności w jego składaniu, podzieliłabym się nawet tutaj przepisem. Zamiast tego jednak można póki co zajrzeć do innych, w pełni udanych, receptur.

Podczas gdy ja postawię dziś jednak ponownie na szybką kolację. By dokończyć pakowanie wszystkich rzeczy, wstawić mnóstwo kartonów do samochodu, no i już jutro znaleźć się w nowym mieszkaniu, nowym pokoju i nowej kuchni.

9 komentarzy:

  1. Robisz naprawdę przepiękne zdjęcia! W ogóle to chciałam Ci napisać, że od samego początku jestem Twoim wiernym, ale cichym czytelnikiem :) :*

    zapraszam: http://grapefruitjuicesour.blogspot.com
    :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym bardziej cieszę się, że już nie tylko cichym ;)

      Usuń
  2. bardzo fajne migawki wakacyjne, zarówno te jak i z pierwszej części :) teraz zaczyna się kolejny nowy etap w życiu - ja nie umiem się doczekać pierwszych zajęć na uczelni :)

    OdpowiedzUsuń
  3. U mnie dopiero tydzień temu zaczął się sezon jagodowy(bo wiśnie się skończyły)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jejku, cieciorka z kakao? Ale czarujesz! I, jak juz pisałam, zazdroszczę odkrywania Warszawy! Na jakie studia zię wybierasz? (Tym razem to chyba ja zapomniałam, chociaz mam wrażenie, ze gdzies już to słyszałam..:()

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Technologia Żywności i Żywienie Człowieka :)

      Usuń
  5. Bardzo podobają mi się Twoje zdjęcia :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie zaglądam tu więcej. Byłam szczęśliwym, najedzonym człowiekiem, a zdjęciami sprawiłaś, że zaśliniłam klawiaturę, no jak tak można :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja za rok mam te najdłuższe wakacje :) Smakowite jedzenie na zdjęciach, aż zgłodniałam :D

    OdpowiedzUsuń