Wakacyjne migawki cz. I

Powoli żegnam się już z najdłuższymi wakacjami w swoim życiu. Czteromiesięcznymi! Chociaż czasu na leniuchowanie nie miałam akurat aż tak wiele. Bardzo mnie to jednak cieszy, bo już po miesiącu 'nicnierobienia' zaczęłam się naprawdę nudzić. Rozwiązaniem problemu okazało się jednak znalezienie pracy. Podczas której to doceniłam poprzedzający ją czas odpoczynku i to, że udało mi się już wtedy załatwić wstępnie wszystkie czynności związane z rozpoczęciem studiów oraz poszukiwaniem nowego lokum w stolicy.


I choć teoretycznie zostały mi jeszcze dwa tygodnie wakacji, to już na jutro przypada dzień mojej przeprowadzki. Tak długo wyczekiwany. Od trzech dni jednak napawający mnie również niepewnością i strachem. Całkiem naturalnym jednak. I niepozwalającym zapomnieć o wszystkich pozytywach z tym faktem związanym.
Żegnajcie więc pomaturalne wakacje w rodzinnym mieście! Witaj nowa przygodo!


Choć początek wakacji to akurat... palce czerwone od padających na nie letnich promieni słońca oraz przebierania truskawek w sklepie. Idealnych, jak i reszta sezonowych owoców, wraz z jogurtem i orzechami lub masłem orzechowym - stanowiących tym samym najczęściej jedzony przeze mnie posiłek w tym okresie!

Oraz spora dawka jazdy autobusem. I choć z przyjemnością czytałam (prawie) wszystkie książki z szkolnego kanonu, to nieśpieszna lektura, bez świadomości następującego po niej testu = obowiązku zapamiętywania poszczególnych informacji i wyznaczonego deadline'u, cieszy jednak bardziej.

No i jazdy autem. W pozycji pasażera, przez co już zupełnie odzwyczaiłam się od siedzenia za kierownicą. Byłam wożona do Warszawy, Wrocławia, jak i po samym Toruniu - chociażby po skończeniu pracy o północy, kiedy to nie miałam już autobusu powrotnego do domu.

I skoro o pracy mowa, to nie było wcale tak łatwo z jej zdobyciem. Pierwszy raz przyszłam bowiem na dzień próbny bez książeczki sanepidowskiej (co skutkowało oczywiście niewpuszczeniem mnie na kuchnię), a wieczór przed kolejnym podejściem spędziłam właśnie w takiej atmosferze. Twierdząc, że jeśli nie uda mi się umyć przed godziną dziewiątą rano to zrezygnuję, bo nie pojawię się tam przecież spocona po sprzątaniu pokoju poprzedniego dnia.

Na szczęście jednak ulewa nie zaprzepaściła moich planów. I zamiast pracować tylko weekendowo w Ciasnej, spędzałam niemal wszystkie dni w środku tygodnia w Sowie. Restauracji, a nie cukierni - nawet mimo widniejącego na otrzymanej za zapasce napisu. Choć o tym drugim aspekcie działalności firmy także nie dało się zapomnieć. Nie tylko poprzez pojawiające się czasem na kuchni osy/pszczoły, przed którymi damska część załogi musiała chronić mężczyzn, ale także słodkie pakunki, które czasem przynosiłam do domu.

I choć szef kuchni obstawiał, że mimo swojej małomówności, na blogu pewnie wypisuję o załodze niepochlebne opinie, to tutaj akurat się mylił. Tak jak i na samym początku, gdy wraz z menagerem obstawiali, iż nie wytrzymam w tej kuchni więcej niż 2 dni. A jednak! Stałam się tam wręcz stałym elementem, jak to stwierdziła jedna z kelnerek, stojąc ciągle przy wystawce i krojąc cebulę w kostkę.
I choć nawet śmielej odzywając się na kuchni, wredna wcale (przynajmniej według mnie) nie byłam, to już od samego początku przylgnął do mnie przydomek 'Mała Mi'. Po wspomnieniu którego w poprzednim wpisie na ten temat, dostałam od kucharki z Ciasnej szczegółowe wskazówki, gdzie powinnam udać się w celu zakupu powyższej bluzki.

I to głównie w Ciasnej właśnie, szczególnie na początku, cierpiały moje paznokcie oraz palce. Szczególnie po tym, jak siłowałam się z otwieraniem wielkiej puszki pomidorów nożem. W dniu, w którym to sama otwierałam rano drzwi restauracji i przygotowywałam danie oraz zupę dnia. W chwili desperacji planowałam nawet wezwać na pomoc kolegę z otwieraczem, ale ostatecznie dałam sobie radę sama. Efektem czego był skaleczony palec, mnóstwo czerwonych plamek na białej bluzce, no i gazpacho oczywiście.

Na szczęście w międzyczasie czekały na mnie także pozytywne niespodzianki. I to nie tylko w pracy. Tak jak na przykład powyższa kartka - znaleziona po nocnym powrocie do domu, ułożona na środku biurka. Prosto z Paryża, od przyjaciółki. W której to najważniejsze było dla mnie przedostatnie zdanie. Wskazujące na fakt, że mimo iż spędziłyśmy wakacje tak odmiennie, to dla obu nas był to właśnie sposób na spełnienie marzeń.

Pewnego razu też jabłuszko na moim komputerze zamieniło się... w figę! Stojącą na środku zamkniętego laptopa, w delikatnej papilotce. Od razu wiedziałam, kto tylko mógł dokonać takiej przemiany - moja mama oczywiście. Taki drobny podarunek, a ucieszył mnie pewnie bardziej od otrzymanego ostatnio, bardziej kosztownego prezentu. Zawsze też uśmiecham się zresztą gdy zamiast dodatku kupnych słodyczy dostaję od kogoś owoce lub domowe wyroby. Lub drobne podarunki, pozornie bez okazji - tak i jak widoczna na zdjęciu butelka zimnego napoju, kupiona przez jednego z kucharzy Sowy, podczas odwożenia mnie do domu.

Albo i otrzymany od całej załogi kuchni 'sowi' kubek. Który to od razu oczywiście polubiłam, ze względu na związane z nim historie, i wyróżniłam, pakując go ze sobą do Warszawy.
Zresztą gdyby nie to, że zostałam już tak pięknie pożegnana, nie dałabym się wcześniej wypuścić z pracy tego ostatniego dnia. Mimo zaprzestania gotowania w tym lokalu, nie zamierzam jednak na stałe opuszczać kuchni. Tak jak i w poprzednim sezonie, umieściłam już co prawda kolejne trampki w koszu na śmieci, co wcale nie oznacza jednak, że w mojej szafie nie znajdzie się jeszcze jednej pary na następny sezon.

Raczej wręcz przeciwnie. Tym bardziej, że nawet w trakcie pracy w kuchni nie rezygnowałam z przygotowywania (co prawda raczej szybkich i nieskomplikowanych, ale jednak) posiłków w domu, a potem wkroczyłam do niej nawet z większą energią.
Czego dowodem jest też po części druga część tych wakacyjnych migawek, no i przede wszystkim wzmożona częstotliwość publikacji postów na blogu. Teraz czas przekonać się jeszcze jak na ten stan wpłynie przeprowadzka oraz rozpoczęcie studiowania.

12 komentarzy:

  1. Miło mi się czyta takie pozytywne wpisy. Chciałabym spędzić tak fajnie moje najdłuższe wakacje ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze masz szansę, z tego co widzę! :)

      Usuń
  2. Ale fajna forma postu. Strasznie mi się podoba to jak relacjonujesz i podpisujesz zdjęcia! Z niecierpliwością czekam na drugą część :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło. A druga część już niebawem - zapewne jutro :)

      Usuń
  3. Uwielbiam wakacyjne migawki! Robisz wspaniałe zdjęcia... widać w nich uchwycenie chwili. Normalnie zachwyt *.*

    O i muszę przyznać że wyglądasz MŁODZIUTKO! Dałabym Ci z 13, max. 14 lat gdybym nie wiedziała ile masz, ale... piąteczka ja mam 15 a ciągle słyszę że wyglądam na pierwszą klasę podstawówki. No cóż przynajmniej na starość będą nam zazdrościć haha :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi zwykle dają te 15 lat akurat ;)
      Rekordem minionych wakacji było 12. Przy czym kelnerka, która snuła takie domysły, obstawiała przy okazji, że jestem córką któregoś z kucharzy i dlatego tak często się tam pojawiam :D

      Usuń
    2. 12? No tyle to bym Ci nie dała haha :D

      Usuń
  4. Ha, ile to razy moje buty tak wyglądały, masakrowałam je jedne po drugich :P Świetne zdjęcia, na pewno spiszesz się w cukierni ^^ To jak może jakieś darmowe ciacho na dobry początek? :P


    http://worshipingmornings.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że spisałam się już całkiem dobrze. Choć (jak już wspominałam kilkukrotnie) w restauracji, a nie cukierni ;)

      Usuń
  5. Komentarz do zdjęcia w kitelku Sowy : Pełna profeska ! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznaję, że po jego zobaczeniu, sama też pomyślałam, że mogłabym reprezentować cukiernię za barem, a nie tylko w zamkniętej, restauracyjnej kuchni ;D

      Usuń
  6. Widze, że nie próżnowałaś w wakacje, będzie co wspominać :) podziwiam za pracę na kuchni, nie wiem czy bym dała radę :D

    OdpowiedzUsuń