Pracowite wakacje z przyjemnością

Tak jak i rok temu, założyłam sobie, że okres wakacyjny będzie dla mnie czasem wzmożonej pracy nad blogiem. Nie mogłam jednak powstrzymać się przed roznoszeniem kolejnych CV do restauracji i poszukiwaniem zatrudnienia w gastronomii. I udało się, podwójnie nawet! Obecnie pracuję bowiem w dwóch miejscach - zupełnie od siebie różnych, co sprawia, że taka idea podoba mi się jeszcze bardziej. Choć cierpi na tym oczywiście częstotliwość publikowania przeze mnie postów.

Żeby nie było - wakacyjny akcent w postaci kwiecistego wieńca
i biała bluzka, wymagana ode mnie na samym początku pracy.


I tekst ten ma być oczywiście po części usprawiedliwieniem ciszy na blogu. Równocześnie jednak chcę podzielić się z szerszym gronem swoim szczęściem. Połączonym z dość sporym wysiłkiem fizycznym, ale przede wszystkim satysfakcją psychiczną. No i zdobywaniem doświadczenia, jak i poznawaniem tej pracy od kuchni - dosłownie i w przenośni.

Po okresie intensywnych poszukiwań pracy, pierwsza odezwała się do mnie bardzo sympatyczna właścicielka Ciasnej. Co bardzo mylące dla Torunian, położonej nie na ulicy o tej właśnie nazwie, ale na poprzecznej do niej Podmurnej. Serwująca dania wegetariańskie, a często w zasadzie także wegańskie, a zarazem bezglutenowe.
Można więc czasem zobaczyć mnie tam przez okienko, oddzielające gości od (równie niewielkiej co sam lokal) kuchni. Zdarzyło się nawet, że sama przygotowywałam zupę i danie dnia, które to pozycje codziennie zmieniają się wraz z zamysłem pracującej w danym dniu kucharki. Tym sposobem też już pierwszego dnia pracy przygotowałam krem z topinambura i kukurydzy, a potem pełny zestaw: gazpacho z trawą cytrynową i żółtą papryczką chili, podawane z bezglutenowymi grzankami i czarnymi oliwkami, a na drugie danie kokosowy dhal z burakami, rabarbarem i kuminem. Szczególnie dumna byłam z tego ostatniego wyrobu, o lekko słodkim smaku i przepięknie różowym kolorze.
Teraz jednak bywam w tym lokalu jedynie w weekendy, pomagając przy większym natężeniu ruchu. Nie chciałam jednak zupełnie opuszczać tego miejsca, gdyż do tej pory jestem pod wrażeniem atmosfery tam panującej i swobody pracy. No i dostępnością świeżych, ciekawych składników. Przez co rozumiem głównie rzadko używane na co dzień warzywa, wkraczające jednak ponownie na polskie stoły, a które to przy okazji właściciele samodzielnie uprawiają i dostarczają do restauracji.
Przy okazji, wszystkim chętnym do odwiedzenia tego miejsca, ze stałych pozycji menu polecam spróbowanie gryczanego burgera z pysznym sosem malinowo-musztardowym (który swoją drogą jest banalny w przygotowaniu, ale lepiej niech szczegóły przepisu dalej pozostaną tajemnicą tej kuchni) oraz koftę ziemniaczano-twarogową. Aha, no i podawaną jako 'starter' pastę z cieczerzycy!

Przepis, z którego korzystałam podczas przygotowania swojego dania
oraz ulotka znaleziona u fotografa.

Nieco później jednak dostałam także telefon z Sowy. Co w tym przypadku bywa akurat mylone z pracą w cukierni, bo to właśnie w tym specjalizuje się ta (bardziej już znana) firma. Poza tym warto wiedzieć jednak, że chociażby na toruńskim rynku można znaleźć połączone z nią: restaurację, winiarnię oraz apartamenty.
Przy czym ja oczywiście pracuję w restauracyjnej kuchni właśnie. Tym razem jednak jako typowa pomoc kuchenna. Zajmuję się więc głównie krojeniem i przygotowywaniem półproduktów, a poza tym wydawaniem kanapek, sałatek czy zup oraz dekorowaniem potraw. W trakcie staram się jednak dowiedzieć jak najwięcej o przygotowywanych daniach i (zgodnie z powtarzanym wielokrotnie przez szafa kuchni poleceniem zresztą) smakuję wszystkich potraw oraz pojedynczych składników.
Do tej pory nie udało mi się jednak spróbować wszystkich dań i dlatego też nie jestem w stanie wybrać swoich faworytów z menu. Choć niewątpliwie smaczną pozycją jest chociażby pikantna zupa marchewkowa podawana z zielonymi szparagami, a swoją prezentacją zachwyca stek ułożony na rozgrzanym kamieniu.
Poza tym kuchnia ta sprawia wrażenie bardziej profesjonalnej od pozostałych, w których do tej pory miałam okazję pracować. Początkowo wydając mi się też bardziej stresującą i 'sztywną'. W ramach zaprzeczenia tej myśli przedstawię jednak tylko swój tamtejszy 'pseudonim': Mała Mi. Który to czasem bywa może wręcz nadużywany, ale mi to ani trochę nie przeszkadza. Nawet mimo tego, że postać ta była w 'Muminkach' małą wredotką, bo przydomek ten przylgnął do mnie jeszcze zanim zaczęłam nieco odważniej odzywać się na kuchni.

Podczas drogi do pracy w Ciasnej

I to w tym drugim miejscu spędzam właśnie teraz większość czasu. Ewentualnie ilość konkurującą z chwilami podczas których przebywam we własnym pokoju. Tym bardziej cieszę się więc, że znalazłam pracę, która tak bardzo odpowiada moim zainteresowaniom. Dzięki temu schemat praca-dom, nie jest u mnie wcale odzwierciedleniem hasła praca-życia, a jedną, integralną całością.
Rano wstaję, przygotowuję i zjadam śniadanie, a następnie już szybko wychodzę z domu na autobus, jadący do centrum miasta. Tam spędzam średnio 11 godzin w restauracyjnej kuchni, po czym wracam do swojego pokoju, by niedługo potem pójść spać. Wyjątkowe upały oraz bliskość odpalonych nieustannie palników gazowych dodatkowo sprawiają, że praca ta staje się jeszcze bardziej uciążliwa pod względem fizycznym. Zaskakująco jednak, w takich okolicznościach znoszę te wysokie temperatury lepiej niż siedząc w pokoju czy też innym miejscu poza kuchnią. Wmawiam więc sobie przy okazji, że ma to jakieś głębsze znaczenie. A poza tym zagłuszam zmęczenie czy pojawiający się czasem ból nóg (choć to raczej głównie na początku) motywacją i chęcią do pracy.

I podczas powrotu z Sowy.
Księżyc wydawał mi się akurat wyjątkowo piękny!
I w pewnym sensie miałam nawet obiektywnie rację, bo okazało się, że trafiłam właśnie na Blue Moon.

Poza tym zaczęłam bardziej rozumieć ideę 'leniwych', weekendowych śniadań i też z wyjątkową dbałością celebruję teraz poranki w dni wolne od pracy. Nabierają one bowiem w takich okolicznościach wyjątkowego znaczenia i wcale nie mam poczucia marnotrawienia czasu, nawet jeśli wykonuję czynności, które wcześniej pewnie do takiej kategorii bym zakwalifikowała. Teraz jest to jednak zasłużony wypoczynek. I przyjemność w innej formie niż praca na kuchni. Dziś na przykład rozpoczęłam dzień od zjedzenia najprostszego ze śniadań - jogurtu z mrożonym bananem i sezonowymi owocami, zerwanymi prostu z krzaczka, a następnie zaczęłam nadrabiać blogowe zaległości, w planach mając jeszcze obejrzenie filmu i spotkanie z przyjaciółką.

Jedno z przygotowywanych nieśpiesznie śniadań:
omlet podany z pomidorem, kukurydzą i czarnymi oliwkami w serku kozim z bazylią.

Mam nadzieję, że i Wy spędziliście ten (najcieplejszy w tym roku podobno) dzień równie miło - niezależnie od tego czy odpoczywając, czy pracując. A pozostałe także będziecie przeżywać z identyczną przyjemnością, czerpiąc ją z różnych, różnorodnych źródeł.

6 komentarzy:

  1. Dla takiego wytrawnego śniadania można przełamać słodką rutynę! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o śniadania to nie wiem nawet czy przeważają ostatnio u mnie te słodkie czy wytrawne - chyba jest to w miarę wypośrodkowane ;)

      Usuń
  2. Inspirująco tu u Ciebie, niewymuszenie zmuszasz do działania. :) I zdjęcia ładne. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mnie do pisania tutaj niewątpliwie motywują takie komentarze, dziękuję! :)

      Usuń
  3. Omlet rewelacyjny z tego co widzę;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Takiej pracy tylko pozazdrościć :D
    Ja pracuje aktualnie w lodziarni i mogę jeść tyle lodów ile chcę <3

    zapraszam:
    http://grapefruitjuicesour.blogspot.com
    :)

    OdpowiedzUsuń