See (you) Bloggers!

Dokładnie w grudniu ubiegłego roku po raz pierwszy brałam udział w blogowym evencie. Była to trwająca tylko jeden wieczór (i noc) Blogowigilia. Od razu wiedziałam jednak, że zdecydowanie chciałabym powtórzyć to doświadczenie, a jeszcze chętniej wzięłabym udział w dłuższym przedsięwzięciu. Nie pozostając bierną wobec własnych życzeń, wysłałam więc klika zgłoszeń. I gdy zdążyłam już zapomnieć o wypełnionych formularzach, w mojej skrzynce mailowej pojawiło się potwierdzenie przyjęcia na blogową konferencję o nazwie See Bloggers.


Z wielką radością, choć i lekkim zdziwieniem, zabrałam się więc za planowanie wyjazdu. Bo mimo, iż sama konferencja to już niewątpliwa atrakcja, to warto by było zadbać także o jej oprawę. Jak chociażby miejsce noclegu czy też czas na zwiedzanie samego miasta - Gdyni przed lub po całym wydarzeniu. W obu tych aspektach znowu posiłkowałam się jednak blogerską pomocą. A dzięki temu wyjazd stał się jeszcze bardziej niezwykły i wyjątkowy.

Zarówno przed, po, jak i w trakcie trakcie przerw w See Bloggers, mogłam liczyć na towarzystwo Pam z bloga Malinowy Poranek. I to dzięki niej nie tylko miałam zapewniony dach nad głową, ale także codziennie mogłam raczyć się pysznym, pełnym sezonowych owoców, śniadaniem. Dzięki niej też poznałam (dość spory chyba) kawałek Gdyni, jako że wszędzie chodziłyśmy na pieszo i gdy tylko miałyśmy okazję wybierałyśmy się na spacery. Podczas których głośno się śmiałyśmy, równie głośno śpiewałyśmy, nie krępując się towarzystwem innych przechodniów, i dzieliłyśmy się ze sobą nawzajem własnymi doświadczeniami. W domu za to zawsze czekała na nas radosna, rozszczekana Zoyka. A gdy wróciłam z imprezy integracyjnej przy moim tymczasowym łóżku-materacu czekała także butelka wody - taki mały gest, a jednak jaki uroczy.

Pam nie zgodziła się na publikację swojego portretu, ale Zoyka chyba nie ma nic przeciwko.

Wspomniana butelka wody nie była mi jednak niezbędna, tym bardziej że organizatorzy imprezy zadbali o odpowiednie nawodnienie organizmów uczestników w każdym momencie konferencji. Tak jak i nakarmienie głodnych uczestników warsztatów (choć mówię to akurat z perspektywy częstego uczestnika zajęć strefy kulinarnej) oraz możliwość wyboru prelekcji na temat interesujących ich zagadnień. I choć organizacja nie była może rzeczywiście perfekcyjna, to ja i tak doceniam wysiłek włożony w przygotowanie eventu oraz jego efekty. A z wszystkich niedociągnięć/pomyłek(?) w pamięci zostawiam tylko jedno - dodanie podpasek do 'zestawu startowego'. Dalej jestem ciekawa reakcji męskiej części blogosfery na taki podarunek.

Stoisko kuchni molekularnej: pianka z soku owocowego

Poza otrzymanymi licznymi dobrami materialnymi w takich przedsięwzięciach ważniejsza jest jednak chociażby nabyta wiedza. I choć jestem blogerką głównie kulinarną to wiele dowiedziałam się także w strefie fashion&beauty, gdzie też zaczęłam swoją przygodę na See Bloggers. Poznałam swój typ sylwetki - gdyby nie Radzka dalej określałabym się raczej soczystym owocem, a nie osobą o 'chłopięcej' posturze (co wcale nie ma tutaj pejoratywnego zabarwienia!) - no i dowiedziałam się, że moje włosy są w bardzo dobrej kondycji.


I choć podczas warsztatów kulinarnych nie nabyłam zbyt wiele konkretniej wiedzy, to miałam okazję poznać wiele osób pasjonujących się dokładnie tym samym co ja. Lub tez zbliżonym, co dodatkowo pozwoliło mi poznać inne, ciekawe koncepcje. Co więcej, część z tych osób już wcześniej kojarzyłam z wirtualnego świata i bardzo chciałam poznać osobiście. Nie wspominając już nawet o wspólnym gotowaniu! I kosztowaniu pysznych efektów takiej współpracy.

Jedna z osób, które na pewno chciałam spotkać - Paulina Wnuk


Na koniec zostawiłam więc najważniejszy aspekt - ludzie, którzy się na tej konferencji zgromadzili. I nie mówię tu tylko o tych 'dużych', popularnych blogerach. Bo choć poznawanie osób obserwowanych w sieci na żywo jest wspaniałym doświadczeniem, to równie przyjemne jest zawieranie nowych znajomości, a dopiero potem poznawanie drugiej strony (dosłownie i w przenośni) tych osób.
Dodatkowo zaskoczyło mnie, że i ja byłam dla niektórych znaną już osobą. Nie sądziłam bowiem, że przez samo udzielanie się w facebook'owej grupie, lajkowanie postów czy ich sporadyczne komentowanie mogę stać się dla kogoś rozpoznawalna lub przynajmniej przez niego kojarzona. Tym bardziej, że wydawało mi się, że to raczej ja jestem tą stroną, która 'zna' i pamięta, a nie na odwrót.
Co również ciekawe, poznałam tam także osobę z mojego rodzinnego miasta - Torunia. Co nie byłoby jednak aż takie dziwne, gdyby nie to, że jest to tegoroczny stypendysta Pasjopolis (programu, w którym brałam udział rok wcześniej), w zbliżonym do mnie wieku i po części pokrewnych zainteresowaniach, a wcześniej nigdy się nie spotkaliśmy.


A kiedyś podobno krążyły plotki, że blogowanie to strata czasu, gdyż nie wykracza ono poza ramy komputera, a osoba siedząca ze ekranem to tylko numer IP lub inny zbiór cyfr. Teraz jednak nikt już nie ma chyba wątpliwości, że takie stwierdzenia są obecnie zupełnie nieaktualne. A blogerskie znajomości mogą być ponadto bardzo przydatne, choć i bezinteresowne, a przede wszystkim wyjątkowe. Zaskakujące w zgraniu osobowości oraz nabytym dzięki nim doświadczeniom.

A po więcej zdjęć zapraszam tutaj (klik!).

4 komentarze:

  1. Bardzo zazdroszczę Wam spotkania. Blogosfera jest piękna i daje nam wiele <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja sobie tak myślę, że za rok może uda nam się razem wziąć udział w tych warsztatach :D
    Mam nadzieję, że Gdynia Ci się spodobała :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spodobała i to bardzo! Liczę więc na ten wspólny weekend za rok ;)

      Usuń
  3. Ale fajnie spędziłyście razem czas :) No i wspaniale jest poznać tyle nowych inspirujących osób, nie mówiąc już o wspólnym gotowaniu i jedzeniu :)

    OdpowiedzUsuń