Perypetie pomaturalne

Choć od początku powtarzałam sobie, że musiałaby zdarzyć się chyba jakaś klęska żywiołowa, bym nie dostała się na wybrany kierunek studiów, to wyniki z matury i tak chciałam mieć oczywiście jak najlepsze. Niewątpliwie jednak to czas pisania matur był dla mnie zdecydowanie ważniejszy od poznania rezultatów. Dwudziestego dziewiątego czerwca nadszedł jednak i ten dzień. A właściwie był to dzień poprzedzający ten bardziej znaczący - trzydziesty czerwca, kiedy to tegoroczni maturzyści mieli przekonać się o oficjalnych efektach swojej długoletniej edukacji.
Większość z nich liczyła jednak, że pojawią się one na stronie właściwego dla ich szkoły oddziału OKE już na przełomie tych dat - dokładnie o północy. Dlatego też oczywiście, tradycyjne już, na krótko przed tą godziną można było przeczytać o padających po kolei serwerach tych instytucji. Nawet tych, które ogłosiły, że wyniki pojawią się dopiero nad ranem, około 9, a może nawet i 12.



U mnie miała być to godzina 10. Sama jednak oczywiście przyczyniłam się po części do zwiększenia nocnego ruchu na stronie poprzez zalogowanie się na witrynę gdańskiego oddziału już na paręnaście minut przed północą. I odświeżając go na parę minut po tej magicznej granicy. A gdy strona przestała reagować na kolejne wywołania, zgodnie z planem, poszłam spokojnie spać. Od początku bowiem nie liczyłam wcale na zapoznanie się z wynikami o tej porze.

Choć nie miałam zamiaru czekać także do oficjalnego rozdania świadectw dojrzałości w szkolnej placówce. Po przebudzeniu odświeżyłam więc parokrotnie otwartą przeglądarkę i około godziny 8 moim oczom ukazał się nagle wytłuszczony druk. Tuż obok widniejących tam już od paru godzin nazw przedmiotów.
Bez entuzjazmu przejechałam wzrokiem po wyświetlonych cyferkach. Nie wiedząc, czy powinnam się cieszyć, czy też płakać. Sięgnęłam więc po notesik z zanotowanymi, przewidywanymi przeze mnie rezultatami. I choć moje twórcze podejście do rozwiązania zadania z matematyki nie spotkało się ze zbytnim entuzjazmem egzaminatorów, otrzymując tym samym dokładnie 0 punktów, wynik z angielskiego czy też polskiego był dla mnie niemałym, a przy tym jakże pozytywnym, zaskoczeniem. Otrzymanie najniższej punktacji (bez uwzględniania egzaminów ustnych) z rozszerzonej matematyki było za to dla mnie wręcz absurdalne, bo choć świadoma byłam takiego efektu, to z tego przedmiotu moja wiedza była tak na prawdę na najwyższym poziomie.
Poza tym ciekawe były też rezultaty osób, które z poziomu rozszerzonego otrzymały komplet punktów (mimo że nie były laureatami odpowiednich olimpiad), a poziom podstawowy poszedł im jednak nieco gorzej.


Po części oficjalnej, wcale nie szybko, a na spokojnie, dowiadując się po drodze o wynikach innych, udałam się z powrotem do samochodu. Co okazało się nie być najlepszą decyzją tego dnia, gdyż zaraz potem zaliczyłam swoją pierwszą kolizję drogową. I uciekłam z miejsca zdarzenia. Tak na prawdę wyolbrzymiając teraz jednak dosyć znacząco skalę zdarzeń.
Sama nie wiem bowiem jak to się stało, ale toczący się powoli groszkowy Fiat Panda uderzył lekko w tył stojącego przed nim samochodu. Równocześnie lekko się zatrząsł, a jego kierowca zrobił wielce przestraszoną minę. Chcąc wysiąść z samochodu, zdjął szybko nogę z pedału sprzęgła, powodując tym samym kolejne wzburzenie samochodu. W odpowiedzi na to, pasażer popchniętego nieco do przodu samochodu machnął jednak ręką i, po krótkich oględzinach zderzaka, wrócił do pojazdu. Dziewczyna prowadząca zielony samochód odebrała to oczywiście jako znak do dalszej jazdy i ruszyła przed siebie, obserwując tylko w bocznym lusterku jak drugi z pojazdów zatrzymuje się na poboczu. Nie chcąc jednak wywoływać kolejnego, niepotrzebnego zamieszania na drodze (no i mimo, że potem tego żałowała), skupiła się jednak na tym, by mimo bijącego szybciej serca utrzymać prosty tor jazdy.
I tak oto dojechałam na parking najbliższego sklepu. Dokładnie obejrzałam przednią maskę samochodu, osłuchałam ją i zdecydowałam się na odroczenie sprawy. Przyznając się do błędu przed rodzicami dopiero pod wieczór. Dalej żałując, ale równocześnie ciesząc się, że żaden z pojazdów (nie mówiąc już o ludziach) nie doznał raczej widocznych obrażeń.


Wcześniej jednak zdążyłam zjeść całą tabliczkę gorzkiej czekolady. Łamiąc swoje postanowienie i chcąc jednocześnie zaprzeczyć swojej alergii na kakao. (A tak naprawdę zjadając dopiero połowę tej ilości, wiedząc już jednak, że nie oprę się dokończeniu ponad stugramowej tabliczki.) Wysłałam także swoje dane do firmy produkującej sprzęt elektroniczny i rozpoczęłam oczekiwanie na wysyłkę nagrody. Związanej z użyciem słowa 'uśmiech' w swoim zgłoszeniu. Od dawna wiedziałam co prawda, że to słowo ma bardzo pozytywne konotacje, choć nie spodziewałam się, że będzie ono pomocne także i w tej sytuacji.
Większość czasu zajęło mi jednak czytanie absolwenckiego tomiku. Tworzonego przez cały niemal miniony rok. Zawierającego jednak informacje obejmujące trzy lata naszej nauki w tej szkole, a w niektórych momentach sięgającego nawet do sytuacji sprzed sześciu lat, gdy to do połączonego z liceum gimnazjum przyszła już część z kończących w tym roku edukację średnią uczniów. A to wszystko w formie licznych kolaży, napisanych przez nas samych komentarzy, jak i zacytowanych wypowiedzi nauczyli oraz kolegów z ławki. Zwieńczonych w szczególności przeze te ostatnie, które zwykle utrzymane są w humorystycznym klimacie. I uwielbiane nie tylko przez osoby bezpośrednio w nie zaangażowane, ale często i młodsze roczniki, które sięgają po te niepozorne książeczki w trakcie niektórych lekcji. (Wiem, bo mówię to z autopsji.)
Niewątpliwie jednak jest to cudowna pamiątka dla wszystkich absolwentów. Tak jak tablo wiszące na ścianie szkoły będzie przypominać o naszej bytności tam pedagogom, tak tomik ten będzie mógł bowiem przywołać zawsze ciekawe wspomnienia z okresu liceum. Podczas nadchodzących studiów (lub też roku przerwy od nauki), jak i w późniejszych latach. Podczas takiego, mimo wszystko pięknego - ciepłego, a zarazem deszczowego, popołudnia jak to, jak i bardziej pochmurnych dni. Będzie mógł znaleźć się razem z wieloma skrawkami papieru w moim pudle pamiątek lub też na reprezentacyjnym miejscu, zaraz przy wejściu do pokoju, na półce zapełnionej książkami kucharskimi oraz ulubionymi powieściami. O tym zdecyduję jednak nieco później - teraz wracam do dalszej lektury, próbując nie myśleć o wizji nadchodzącej, wieczornej konfrontacji.

2 komentarze:

  1. Pamiątka genialna, naprawdę pomysłowa rzecz, podoba mi się!
    Kolizji Ci współczuję, moim zdaniem to nic przyjemnego brać w czymś takim udział, nawet, jeśli szkody są niezbyt duże.
    A wyniki...Ciesz się tymi, które Cię zaskoczyły i myśl pozytywnie ;)! Będzie dobrze xx

    OdpowiedzUsuń
  2. Też mam groszkowego fiata pandę!

    OdpowiedzUsuń