Maturalne perypetie II

Po egzaminach obowiązkowych na maturze przychodzi oczywiście czas na przedmioty pisane na poziomie rozszerzonym. A w związku z tym zagłębienie się po raz kolejny w czeluściach książek, notatek i zadań oraz starych arkuszy. Choć ja większość materiału powtórzyłam już sobie przed tym okresem i pozostały mi głównie luźne powtórki, z naciskiem na wyróżnione wcześniej zagadnienia. Mój plan na tydzień pomiędzy zakończeniem roku a rozpoczęciem egzaminów wyglądał bowiem następująco:


I choć nie udało mi się ostatecznie zrealizować go w takiej formie, to rozciągając czas wykonania na cały okres egzaminacyjny spokojnie sobie z tym poradziłam. Choć w zadaniach testowych i tak popełniłam najgłupsze błędy, zwykle niezwiązane wcale nawet z moją niewiedzą. Co zresztą obrazuje chociażby przykład opisany w relacji stworzonej zaraz po teście z rozszerzonej matematyki. A brak tekstu z pozostałych dni doskonale odzwierciedla fakt, iż wolałam każdą chwilę podczas tych paru dób poświęcić jednak na dodatkowe powtórki lub równie ważne chwile relaksu.

Dzień czwarty - matematyka (rozszerzenie)

Co prawda na swoim piątym już egzaminie maturalnym chciałam wylosować miejsce w przedniej części sali, tak jak na pierwszym z nich, lecz tak jak i wtedy nie chciałam mieć od razu bezpośrednio przed sobą członków komisji. Tym razem jednak drugie z tych życzeń nie zostało spełnione i numerek trzeci zagwarantował mi miejsce na przeciwko pani uczącej mnie (już w czasie przeszłym) hiszpańskiego. Co więcej, dzięki takiemu usytuowaniu, przez cały czas trwania egzaminu mogłam czuć lekki powiew wiatru na karku - wydobywający się z zamontowanego w suficie klimatyzatora, który to nieustannie schładzał powietrze w sali do ustalonych dwudziestu stopni Celsjusza.

Mimo tych niedogodności, z których mimo wszystko i tak największą był stosunkowo krótki czas pisania testu, z auli wyszłam jednak z przekonaniem, iż mam szansę na uzyskanie nawet 100%. Wydawało mi się to nawet całkiem realne. W trakcie pisania zdążyłam się już co prawda pogodzić z utratą 3 punktów, w związku z opuszczeniem jednego zadania, ale pod koniec czasu zdążyłam jeszcze szybko do niego wrócić i uzupełnić puste miejsce przeznaczone na odpowiedź. Tym samym zakończyłam pisanie równo ze słowami nauczyciela: 'odkładamy długopisy'.
Usłyszane zaraz potem z ust kolegów wyniki brzmiały ponadto bardzo znajomo, co dodatkowo napawało mnie optymizmem. Do czasu... Do czasu kiedy to zapytałam się o zapis rozwiązania w zadaniu piętnastym. Jak to, wyszło mi coś zupełnie innego? Jak to, treść zadania mówiła o pierwiastkach a nie współczynnikach? I tak oto pożegnałam się z wizją trzycyfrowego wyniku na świadectwie maturalnym.
Pocieszam się jednak faktem, że jeśli pozostałe zadania będą poprawne w stu procentach, to ostatecznie otrzymam ich 88. A jeśli egzaminator uzna, że rozwiązane przeze mnie w pełni prawidłowo, choć jednak nie to, którego ode mnie oczekiwano, zadanie, zasługuje na chociaż jakąś punktację, to może nawet i 90. Choć trzeba tu przyznać, że przy okazji zobrazuje to dokładnie moje umiejętności, jak i również cechy charakteru. Bo taki brak czytania ze zrozumieniem połączony ze zbytnim roztargnieniem zdarzyły mi się także na dwóch poprzednich, próbnych egzaminach. Aczkolwiek wtedy były one znacznie mniej 'spektakutarne'. No cóż, moja strata, ale i moja wina. Z wyniku chyba i tak będę mogła być zadowolona.


Dzień ostatni - angielski ustny

Przed ustnym egzaminem z języka polskiego pojawiłam się w szkole o godzinę wcześniej niż zobowiązywała mnie do tego rozpiska czasowa. Wbrew moim przewidywaniom jednak egzamin nie był wcale przyspieszony, a nawet wręcz przeciwnie - weszłam do sali parę minut później niż było w planie. Nauczona doświadczeniem, przed angielskim postanowiłam pojawić się więc tylko z półgodzinnym, maksymalnie czterdziestopięciominutowym, wyprzedzeniem. I tym sposobem, właśnie podczas wyjeżdżania z posesji swojego domu, odebrałam telefon:
- Gdzie jesteś? Za 10 minut wchodzisz.
No świetnie! Na szczęście jednak na miejsce szybko sprowadzona została osoba, która miała mieć egzamin zaraz po mnie, a ja w tym czasie (również wcale nie powoli i spokojnie) dojechałam do szkoły. W szpilkach na nogach i torbą zsuwającą się z ramienia podbiegłam do sali i od razu zaczęłam martwić się swoim ubogim zasobem słownictwa angielskiego. Co prawda dzień wcześniej przeczytałam nawet słówka z repetytorium, a poprzedni wieczór spędziłam na oglądaniu 'Sex and the City' (żeby nie było - w wersji oryginalnej oczywiście!), lecz wciąż miałam pewne wątpliwości co do swoich umiejętności odtworzenia nowo poznanych zwrotów.
Spotęgowały się one w trakcie egzaminu, kiedy to ledwo powstrzymałam się od użycia słowa 'pedaling' w kontekście jazdy na rowerze. Udało mi się chyba jednak nadrobić te braki, m.in. opowiadając o tym, jak to niby byłam chora w zeszłym tygodniu oraz że za rzadko chodzę do dentysty, wplatając w to nieco trudniejsze struktury gramatyczne i czasy Perfect.
No w końcu za coś musiałam otrzymać te 100% punktów. A w zamian za to, zaraz po moim powrocie do domu, z głośników komputera rozbrzmiała piosenka zespołu, którego członkiem jest właśnie życzliwy egzaminator.


I tak oto dobrnęłam do końca. Do końca mojej nauki na IV poziomie edukacji i końca egzaminów ją poświadczających. I mimo, że w trakcie tych wszystkich dni nie miałam na sobie wcale czerwonej bielizny za studniówki... Co więcej, bezpośrednio przed maturą ścięłam włosy! I tak jestem zadowolona z jej przebiegu. Może zniwelowałam wpływ tych czynników poprzez noszenie na egzaminy studniówkowej sukienki i pożyczonego kalkulatora, który to co prawda przygarnęłam sobie już na miesiąc przez pierwszym testem?
Wiem oczywiście, że mogło mi pójść lepiej. Dowiedziałam się nawet, iż ucząca mnie w liceum polonistka obstawiała, że zdobędę maksymalny wynik z ustnej matury z tego przedmiotu. Mi jednak wystarczy nawet 3/4 tej punktacji i z takim samym, pogodnym nastawieniem zamierzam przyjąć także resztę rezultatów.
Mimo wszystko, czyli w tym także pewnego stresu, który to jednak towarzyszył im przez cały ten czas, nie było to wcale takie straszne przeżycie. Testy wcale nie były 'z kosmosu', a cała sytuacja momentami przypominała po prostu pisanie sprawdzianu czy też egzaminu gimnazjalnego po skończeniu poprzedniej szkoły.
Chociaż teraz przecież wiem, że matura to bzdura. Nadchodzące studia - to dopiero będzie straszny wysiłek. Podobno, tak mówią. Potem straszne będzie rozpoczynanie pracy... Ale na szczęście, póki co, teraz mam już wakacje. Najdłuższe w swoim życiu, więc tym bardziej warto je dobrze wykorzystać.

2 komentarze:

  1. Na jakie studia masz zamiar isc ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Technologia Żywności i Żywienie Człowieka na SGGW - już nawet jestem przyjęta i dostarczyłam na uczelnię wszystkie potrzebne póki co dokumenty ;)

      Usuń