Maturalne perypetie I

Po dwunastu latach edukacji w polskiej szkole przychodzi nagle TEN moment. Albo i dłuższa chwila, gdyż okres ten trwa zwykle od około dwóch do trzech tygodni. Czas pisania testów i udzielania ustnych odpowiedzi, które to mają zweryfikować poziom nabytej przez danego ucznia przez całe życie wiedzy.
U mnie były to równo 2 tygodnie i jeden dzień. Choć namiastkę wakacji poczułam już nawet wcześniej - po opuszczeniu szkoły zaraz po ostatnim egzaminie pisemnym. Co też okazało się być zaskakująco skutecznym remedium na ból brzuch, który to towarzyszył mi przez cały drugi tydzień egzaminów. No cóż, stwierdziłam, że skoro 'głowa się aż tak bardzo nie stresowała', to najwyraźniej coś innego musiało.


Choć w międzyczasie okazało się oczywiście, że egzamin maturalny wcale nie jest taki straszny, jakim go malują. Myślę, że jest on dobrze dopasowany po poziomu wiedzy maturzystów. Lub poziomu, na którym powinna ona być. Tym bardziej, że ucząc się wszystkiego zgodnie z podstawą programową, byłam w stanie udzielić odpowiedzi na wszystkie niemal znajdujące się w arkuszach pytania. A większość moich błędów to po prostu głupie pomyłki, spowodowane zapewne stresem, które to już zaraz po opuszczeniu sali wydawały mi się być wręcz absurdalne.
Dlatego też swoje odczucia odnośnie tych dni spisywałam na bieżąco i chętnie podzielę się teraz nimi, zwłaszcza z przyszłymi maturzystami. Sama bowiem chciałam dowiedzieć się od znajomych, jak wyglądał ich egzamin maturalny, czy uczyli się bezpośrednio przed nimi, czy też już tylko odpoczywali, ale większość osób nie pamiętała już nawet takich szczegółów.

Dzień pierwszy - polski

Budzę się, idę do łazienki i... myślę o epokach literackich. Prędko zaglądam do repetytorium, sprawdzając, kiedy to żyli Mickiewicz, Kochanowski oraz Fredro. Szybko jednak porzucam tą czynność, stwierdzając, że warto by było jednak nie spóźnić się do szkoły. Jadąc autem, czekam tylko na moment, w którym to silnik zgaśnie w wyniku braku gazu. Wtedy to jednak sprawnie przełączam zasilanie na benzynowe i szybko przejeżdżam obok miejsca drogowej kolizji.
W szkole jestem o dziesięć minut wcześniej niż planowałam. Czekam na wywołanie swojego nazwiska przez nauczyciela. A wylosowanym przeze mnie numerkiem okazuje się piątka, która gwarantuje mi miejsce w pierwszym rzędzie, tuż przy pianinie stojącym w szkolnej auli. Podciągam nogi do góry i tradycyjnie siadam na krześle 'po turecku'.
- Zamierzasz tak siedzieć przez cały czas? - słyszę i odruchowo spuszczam nogi na dół. Na szczęście jednak nauczyciel fizyki szybko reflektuje się, mówiąc iż nie ma przeciwko temu żadnych przeciwwskazań.Tym bardziej, że przez trzy lata zdążył przy okazji zauważyć, że lubię tę pozycję i przyjmowałam ją niemal na każdej lekcji.

Następnie nadchodzi już jednak czas otwarcia arkuszy. Równocześnie z tym po sali rozchodzi się cichy śmiech. No tak, "Lalka". Na szczęście do tematu pasuje również uwielbiane przeze mnie "Ferdydurke". Do głowy przychodzi mi również "Antygona", lecz nie mam zbyt wiele czasu do namysłu (tak właściwie to wcale, bo zostało mi tylko półtorej godziny na napisanie całego wypracowania), więc wolę postawić na pierwszą z tych opcji. Po postawieniu ostatniej kropki doczytuję do połowy swojej pracy, po czym oddaję arkusz w ręce członka komisji.
Ostatecznie z sali wychodzę z przekonaniem, iż matura ta wcale nie była taka trudna. Gorzej jeśli okaże się, że wyniki jednak nie odzwierciedlą mojej opinii. Dodatkowo moje odczucia trafnie oddaje jedna z koleżanek z klasy, mówiąc:
- A mało razy to ja pisałam sprawdzian w auli? - A niewątpliwie wiele. Szczególnie z matematyki, ale i z polskiego także. Na ten drugi przedmiot przyjść miała pora jednak dopiero dnia kolejnego.


Dzień drugi - matematyka

Ten egzamin jest dla mnie akurat najłatwiejszym. Od samego początku jestem więc spokojna, powoli robię kolejne zadania i starannie zamalowuję każdy z dwudziestu pięciu małych kwadracików. A nawet dwudziestu sześciu, otaczając jednak jeden z nich okręgiem, na znak, iż jest to błędna odpowiedź.
Zadania otwarte też nie sprawiają mi większych problemów. Po wyjściu z sali zastanawiam się tylko wraz z kolegami z klasy, czy w jednym z nich trzeba było udowadniać równoległość narysowanych przez twórcę zadania odcinków... W zadaniu za dwa punkty... Myślę jednak, że było to zbędne i dalej mam nadzieję na uzyskanie pełnego kompletu punktów. No ewentualnie takiego dającego wynik 98%, z utratą tego jednego punkcika na drobną pomyłkę czy też nie wynotowanie jakiegoś faktu na papierze.

Po egzaminach obowiązkowych na maturze przychodzi oczywiście czas na przedmioty pisane na poziomie rozszerzonym. Tak jak i po przeczytaniu pierwszej części mojej maturalnej relacji warto przenieść się do jej dopełnienia zawartego w drugim poście (klik!).

6 komentarzy:

  1. Żadko kiedy boli mnie brzuch przed egzaminami. Raczej mam ściśnięty żołądek i rano nie mogę w siebie wcisnąć śniadania :<

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, pamiętam, że w Anglii szczególnie też tak miałaś! ;)

      Usuń
  2. „[…] lubię tą pozycję, przyjmując ją niemal na każdej lekcji.”

    Znajdź 2 błędy. W akapicie o maturze z polskiego :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dobrze być już PO maturze z polskiego :D
      Myśląc o tym, niezmiernie cieszyłam się, że będę mogła wtedy w końcu pisać 'po swojemu' (czyt. między innymi ciągle zaczynać zdania od spójników). No ale ok...
      1. tą - > tę
      2. czyżby to nauczyciel przyjmował tą.. ekhem, tę pozycję?

      Usuń
    2. Ewentualnie lubisz tę pozycję tylko wtedy, kiedy przyjmujesz ją na lekcji :)
      I (hehe) tak, jest to pewna wolność.

      Usuń
    3. No to zaraz pomyślę jeszcze jak to przekształcić, żeby nie tylko dla mnie miało ono taki sens, jaki powinno. Dzięki za zwrócenie uwagi :)

      Usuń