Szczęśliwa kontynuacja

Pamiętacie może jak pisałam, tutaj, na blogu, jaką to jestem szczęściarą? Ja sama chętnie wróciłam teraz do tego tekstu i przeczytałam go sobie na nowo. Choć tak naprawdę nie zdążyłam jeszcze wcale o nim zapomnieć. I choć zdarzyło mi się już oczywiście mieć chwile zwątpienia w prawdziwość tej tezy, to ostatecznie dalej jestem skora zgodzić się z głównym przesłaniem tekstu.


Pierścionek, który widać na zdjęciach przy tym wpisie, i który to od razu uznałam za materialny symbol jego przekazu, noszę przy sobie niemal codziennie. Gdy tylko mam zamiar opuścić mury ciepłego domu, wraz z zakładaniem na siebie ubrań, automatycznie wsuwam go na serdeczny palec prawej ręki. Bez niego czuję się już jakoś nieswojo. Tak jak bez zegarka na lewym nadgarstku czy też rozpraszających szkiełek w brązowo-fioletowych oprawkach przed oczyma.

I nie znaczy to wcale oczywiście, że uważam jego obecność na gwarant swojego szczęścia. Pisząc o tym, nasunęła mi się jednak do głowy inna refleksja - odnośnie przyzwyczajenia. Do pewnych czynności, schematów czy też pojedynczych zachowań. Takich jak chociażby kolejność wykonywania porannej toalety, obowiązkowe zjedzenie ciepłego posiłku przed porannym wystawieniem ciała na powiewy zimnego wiatru, ale też... narzekanie. Albo jego brak.
Ja coraz częściej zauważam u siebie to ostatnie zjawisko. Bo chociaż nie pamiętam, abym kiedykolwiek należała do grona osób, które przesadnie narzekają na otaczającą je rzeczywistość, to teraz wyraźnie widzę, że staram się nie zaprzątać swoich myśli negatywami.


Zamiast tego szukam inspirujących historii, motywujących komentarzy czy też opinii, które to mogą pomóc mi w realizacji oraz kształtowaniu drogi do swojego celu. A dzięki temu coraz częściej wpadam na nie nawet zupełnie przypadkowo.
Najbardziej znaczącym, a zarazem najbliższym mi chyba, przykładem jest chociażby historia mojej siostry. Dziewczyna, która to (jak mi się przynajmniej wydaje) w okresie od rozpoczęcia liceum do początku studiów zupełnie zmieniła swoje życiowe priorytety. Z osoby, która dużą wagę przywiązywała do edukacji szkolnej, zmieniła się w kobietę skupioną przede wszystkim na rozwoju swoich pasji. A dzięki temu nie tylko biernie przyjmującą wiedzę z określonej dziedziny, ale przede wszystkim aktywnie działającą, realizującą swoje własne projekty, a nawet osiągającą już swoje pierwsze sukcesy w wybranej branży - filmowej. A do tego po prostu bardziej pewną siebie i otwartą osobą.


Ponadto miałam okazję spotkać się ostatnio z niezwykle inspirującym Amerykaninem, który to, mieszkając w Poznaniu, każdego dnia 'przeżywa swoje małe przygody'. A do tego stara się oddać klimat tego miasta poprzez uwiecznianie codziennych scenerii na matrycy aparatu oraz prowadzi niewielki 'coffeeshop' umiejscowiony w pasażu Apollo. Erik, (Ta) Zosia oraz grupa stałych bywalców Bigfoot'a stwarzają przy tym wrażenie jednej, wielkiej rodziny. W której to jednak łatwo może odnaleźć się także ktoś z zewnątrz, pijąc przy tym pyszną karmelową kawę i jedząc intensywnie bananowy chlebek.




Całkiem niedawno za to odbyłam także podróż do Warszawy. Rodzinna kolacja, z wybieranymi nam przez szefa kuchni daniami, była dla mnie niezwykle przyjemną przygodą. Można by powiedzieć zresztą, iż czekałam na nią przez niemal pół roku, od kiedy to zostałam poinformowana o zaproszeniu przez Karola Okrasę w dniu swoich osiemnastych urodzin. Na szczęście jednak, po tym czasie udało nam się w końcu porozmawiać nie tylko telefonicznie, a dzięki temu też mogłam przekonać się, że moje pierwsze wrażenie było trafne i szef kuchni jest naprawdę sympatyczną oraz otwartą osobą. Która to ponadto może mi oczywiście, poza paroma anegdotami z życia osobistego, opowiedzieć także nieco na temat samego gotowania, jak i branży gastronomicznej. Z doznań smakowych zapamiętam za to na pewno pikantną zupę dyniową z pomidorową okrasą ze słodkich, konfitowanych pomidorów oraz czekoladowy fondat, podany z lodami z kaszą gryczaną oraz posypany pudrem z jarmużu.



Obecnie natomiast siedzę w swoim pokoju, zajadam się intensywnie czerwonymi burakami i popijam napar z czarnego bzu. Staram się zdrowieć i równocześnie rozwiązywać zadanka z chemii, fizyki oraz matematyki. Mając w perspektywie konieczność rozpoczęcia nauki do testu z angielskiego czy też (pisemnego i ustnego) polskiego.
Poza stresem, towarzyszącym oczywiście myśli o zbliżającym się terminie dnia czwartego maja, kiedy to rozpocznie się mój dwutygodniowy okres zaliczeń, nazwanych wzniośle egzaminem dojrzałości, odczuwam jednak przede wszystkim zniecierpliwienie. Chciałabym mieć już ten okres za sobą. Móc wprowadzić parę dużych zmian. Na które to jednak przyjdzie jeszcze pora. Póki co, teraz jak i potem, mogę dalej zbierać kolejne przyjemne doświadczenia. I wciąż uważać, że jestem szczęściarą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz