Sylwester z aparatem

Jak już wspominałam, rok dwa tysiące piętnasty rozpoczęłam dosyć spokojnie. O samej północy stałam bowiem przed otwartą furtką, z moim ukochanym aparatem w dłoni, i co chwilę naciskałam spust migawki. Następnie symbolicznie opróżniłam przyniesiony przez mamę kieliszek i z powrotem wróciłam do budynku.


Wykonane zdjęcia ujrzałam jednak dopiero drugiego dnia tego roku. Przedtem zdążyłam jeszcze raz obejrzeć pokaz sztucznych ogni, w lepszym nawet wydaniu niż sylwestrowej nocy. Miałam też okazję (również symbolicznie, rzecz jasna) wdepnąć w psie odchody, wyjechać z domu na 3 godziny i wrócić po niemal 24, pić czekoladowe drinki w środku nocy, oglądając przy tym wzruszające komedie romantyczne, odruchowo odpisywać na wszystkie wiadomości w języku angielskim, jak i smażyć naleśniki z połowy kilograma mąki. Aha, no i zrobić także wspomnianą już w poprzednim wpisie listę celów do realizacji w tym roku.
Po takim rozpoczęciu, zawierającym niemal wszystko, czego sobie życzyłam, upewniłam się tylko, że ten rok może być równie pozytywny, co poprzedni, jeśli nawet nie od niego lepszy. I nawet fotografie, które początkowo wydawały mi się niezbyt udane, zdają się być teraz bardziej klimatyczne oraz ciekawe.






7 komentarzy:

  1. są bardzo ciekawe, podobają mi się :) tak samo jak ciekawy jest każdy Twój wpis, miło się czyta to czym się tutaj dzielisz :)
    Wszystkiego dobrego w nowym roku! oby był dla nas dalej tak pozytywny co poprzedni :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cudownie wygląda to niebo! U mnie było podobnie, ale jakoś pełno zielonych wystrzałów hehe :)

    OdpowiedzUsuń
  3. ach, fajerwerki w roli głównej zawsze wychodzą świetnie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Czy to nie ja i moje koleżanki na 3. zdjęciu? :D

    OdpowiedzUsuń