Jak zdałam egzamin na prawo jazdy

Po zdanym egzaminie na prawo jazdy część z moich rówieśników od razu umieszcza na swoich profilach w portalach społecznościowych zdjęcia kartek z napisem 'pozytywny' albo też selfie zrobione zaraz po otrzymaniu prawa jazdy. Ja zaczęłam jednak od podzielenia się ze wszystkimi przepisem na gryczane ciasteczka z suszoną żurawiną. Mimo to już dzień wcześniej tata zdążył jeszcze zapytać się mnie, czemu ta informacja nie widnieje jeszcze na blogu. I wtedy też stwierdziłam, że mogę napisać o całym kursie nawet nieco więcej. W końcu strona ta jest przecież odzwierciedleniem tego, czym się interesuję i co aktualnie zajmuje mnie w danym momencie. A kwestia uzyskania tego uprawnienia okupowała ostatnio dosyć wysokie miejsce na liście moich priorytetów.


Choć to sformułowanie nie oddaje chyba w pełni zarówno ilości czasu, jaki poświęciłam temu zagadnieniu, jak i spowodowanego tym stresu. Historia mojego kursu nie ograniczyła się bowiem tylko do 'wyjeżdżenia' trzydziestu obowiązkowych godzin i pójścia na egzamin, podczas którego stresowe reakcje nikogo akurat dziwić nie powinny. W trakcie szkolenia zmieniałam bowiem trzykrotnie instruktorów, raz półoficjalnie przerwałam jego trwanie i, co najbardziej zaskakujące, ostatecznie zdałam egzamin praktyczny za pierwszym podejściem!
I choć nie ukrywam, że z tego faktu jestem bardzo dumna, to nie chcę tutaj ograniczać się tylko i wyłącznie do jego powielania. Chciałabym za to pokazać na swoim przykładzie, że tak właściwie niemal każdy ma szanse na zdanie tego egzaminu. I co więcej, może okazać się to najłatwiejszą częścią całego kursu. Tak jak było chociażby w moim przypadku.

Niewidzialne znaki

Zaczynając jednak od początku, podczas pierwszej, niezobowiązującej mnie jeszcze do niczego, przejażdżki miałam przekonać się, czy jazda samochodem to coś, co w ogóle mi odpowiada. No i muszę przyznać, że znacząco pomógł mi wtedy fakt, iż instruktor 'zwolnił mnie' z obowiązku zwracania uwagi na jakiekolwiek znaki. Przy okazji dostałam też pierwszą pochwałę, za to, że szybko oduczyłam się kierowania wzroku na dźwignię skrzyni zmiany biegów.
I choć czasem wracałam jeszcze do tego zwyczaju, by upewnić się, czy aby na pewno nie będę zaraz próbować ruszyć z drugiego biegu, to nigdy nie sprawiało mi to większego problemu. W przeciwieństwie do tych nieszczęsnych znaków. Często bowiem zdarzało się, iż zaabsorbowana wykonywaniem jakiegoś manewru, nie zanotowałam obecności ustawionego przy drodze symbolu. No i tym samym popełniałam kolejne błędy.
Za jeden z nich można by uznać także poinformowanie o tym fakcie taty, który to stwierdził, że skoro mimo noszenia okularów nie widzę dobrze wszystkich oznaczeń, to ewidentnie na nadaję się na kierowcę. No i w ten właśnie sposób mój kurs został chwilowo zawieszony.


I tak Pani nie zda

Na szczęście jednak dowiedziałam się, że nie tylko mi zdarzają się takie sytuacje i nie dyskwalifikuje mnie to od razu od bycia dobrym (albo i w ogóle) kierowcą w przyszłości. Choć nie pomagał tu również fakt, iż ówczesny instruktor znacząco sugerował mi, że mimo dobrnięcia do magicznej granicy trzydziestu godzin, nie mam szans na zdanie egzaminu praktycznego i konieczne będzie kontynuowanie szkolenia.
Nie przeczę jednak, że i ja odczuwałam taką potrzebę. Dlatego też poprosiłam mamę o umówienie mnie na dodatkowe lekcje z poleconym jej instruktorem. Ten natomiast od razu zwrócił uwagę na moją pewność siebie podczas kierowania autem. A tak właściwie to raczej jej brak. Dzięki temu jednak mogę teraz śmiało powiedzieć, że jest on w gronie osób, które to najbardziej przyczyniły się do mojego sukcesu na tej płaszczyźnie. Razem z drugim z wyznaczonych mi instruktorów.


Drogowa rozgrywka

Ten drugi zapoznał mnie bowiem ze wszystkimi schematami oraz obowiązującymi wytycznymi, przy czym (wbrew pozorom) bardzo pomocne okazało się teoretyczne omawianie każdego nowo wykonywanego manewru pod koniec zajęć. Tym bardziej, że niełatwo było mi się przestawić na poruszanie się pojazdem o tak dużych gabarytach, będąc przyzwyczajoną do tego, iż jeśli tylko odpowiednio się schylę, podkurczę nogi i wciągnę brzuch, to przecisnę się niemal przez każde przejście.
Ostatni z instruktorów, z którymi miałam sposobność jeździć, przekazał mi natomiast myśl, która to przyświecała mi aż do samego końca trwania kursu. I choć nie potrafię tutaj przytoczyć dokładnego cytatu, to główne przesłanie zawierało się w słowach, by każdą jazdę traktować jak grę. Peryfrazując, w każdym momencie spodziewać się jakiejś pułapki i dokładnie obserwować, co dzieje się wokoło, by tylko przechytrzyć 'przeciwnika'.
W każdym mieście znajdą się zresztą zapewne takie miejsca, gdzie egzaminatorzy przyjeżdżają wyjątkowo często, bo niedoświadczonemu kierowcy łatwo jest popełnić tam błąd. Ważne jest więc również, by zapamiętać te miejsca, gdyż w stresowej sytuacji egzaminu zdarzenie to będzie jeszcze bardziej prawdopodobne.


Ostatnia prosta

Tak jak pisałam we wstępie, mój egzamin wspominam jednak zaskakująco dobrze. I to nie tylko ze względu na jego pozytywny wynik. Co prawda nie da się ukryć, że poza tym wiązał się on przede wszystkim z dużym stresem, jak i półtoragodzinnym, bezczynnym oczekiwaniem w budynku WORD-u, ale ten drugi czynnik pomógł mi akurat opanować drżenie rąk jeszcze przed wejściem do samochodu. No i na pytanie egzaminatora o moje samopoczucie i tak nie mogłam powstrzymać się od stwierdzenia, iż 'troszeczkę się stresuję'. Ten jednak szybko odpowiedział, że ma nadzieję, iż nie będzie to stanowiło zbyt wielkiej przeszkody w poprawnym wykonaniu wszystkich zadań. Przez cały czas trwania egzaminu miałam zresztą wrażenie, że sam egzaminator rzeczywiście chciał, by udało mi się zakończyć ten test z wynikiem pozytywnym.
Niewątpliwie jednak to mi najbardziej zależało na takim przebiegu wydarzeń. I dlatego już na parę dni przed wyznaczonym terminem zaczęłam sobie powtarzać, że 'Muszę to zdać!'. I pomimo tego, lub też może właśnie dzięki temu, że jeszcze dzień wcześniej popełniłam chyba najwięcej błędów w czasie trwania mojej dwugodzinnej jazdy, uznałam, że wyczerpałam już aktualny limit. Ponadto dołączyłam do swojego zbioru kolejne hasło, by po popełnieniu błędu nie czekać na komentarz egzaminatora, ale szybko go skorygować lub też po prostu jechać dalej.
Dzięki temu nie zraziłam się zbytnio, gdy tuż po wyjechaniu z placu manewrowego zgasł mi silnik, a tylko szybko odpaliłam go z powrotem i stosunkowo sprawnie wyjechałam z terenu ośrodka. I nie pozwoliłam także, by z równowagi wytrącił mnie pieszy, który to pojawił się nagle na przejściu, na ostatniej prostej, prowadzącej już bezpośrednio do WORD-u. Hamując gwałtownie, zatrzymałam się dosłownie przed samym przejściem dla pieszych i po chwili bez słowa ruszyłam dalej.


A po ostatnim już skręcie w lewo dostałam w swoje ręce tą magiczną karteczkę z napisem 'pozytywny'. Od razu zadzwoniłam do taty, mamy, siostry, babci oraz byłych już instruktorów. No i myślę, że zaskoczyłam tym faktem zarówno ich, jak i samą siebie.
Choć z zasłyszanych opowiadań wnioskuję także, że po części jest to kwestią, iż trafiłam na stosunkowo miłego i wyrozumiałego egzaminatora. Myślę jednak, że bez opanowania podstawowych manewrów w dobrym stopniu i minimalnego chociaż obycia na drodze, nie udałoby mi się zakończyć egzaminu, siedząc wciąż na miejscu kierowcy. I nawet jeśli potrzebowałam na to więcej czasu niż inni kursanci, ustanawiając tym samym rekord w ilości dodatkowych godzin jazd wśród moich znajomych, to jestem przykładem na to, że nie warto rezygnować, bo 'się do tego nie nadaję'. Bo choć bez tego przekonania byłoby na pewno łatwiej, to i z nim można nabyć te 'nieosiągalne' umiejętności. No a przynajmniej wciąż mam taką nadzieję, bo już niedługo zamierzam sprawdzić ten fakt w samochodzie z jednym tylko pedałem sprzęgła i hamulca.

2 komentarze:

  1. Ja zdawałam 10 razy aż w końcu się poddałam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, na prawdę? Instruktorzy aż tak bardzo niesprzyjający czy jednak wina leży i po twojej stronie? ;)

      Usuń