Kameralne fireshow

Jaki jest najlepszy sposób, by spędzić miło niedzielny wieczór? Aktualna aura za oknami sprawiałaby zapewne, że najczęściej padającą odpowiedzią byłaby sugestia, aby rozsiąść się wygodnie w fotelu, z kubkiem gorącego napoju w ręku, opatulić ciało ciepłym kocem i przystąpić do lektury ulubionej książki czy też oglądania kolejnego odcinku serialu. W ten weekend będzie to u mnie wyglądało jednak nieco inaczej, bo spędzę go zapewne na rozwiązywaniu testów przygotowawczych do egzaminu na prawo jazdy. W każdym razie jednak, ciepłem domowego zacisza nie pogardzę.
W przeciwieństwie do pewnego, wrześniowego jeszcze, późnego popołudnia, kiedy to zdecydowałam wybrać się... pod most. Część osób bardzo zaintrygował wybór tego miejsca, ale stwierdziłam, że to ono będzie właśnie najodpowiedniejszym do 'tańca z ogniem'.


Dzięki uprzejmości jednego z kolegów miałam bowiem okazję nauczyć się (w przeciągu ostatnich paru lat, jednak dosyć powoli) kilku trików z tej dziedziny. A następnie wziąć w swoje ręce nawet te palące się (a nie tylko wypełnione ryżem - treningowe) pojki. W pierwotnym zamyśle miałam co prawda stać tylko po tej bliższej aparatu stronie obiektywu, lecz na propozycję wypróbowania nabytych umiejętności z palącymi się już kulami nie mogłam odmówić. Po fakcie otrzymałam przy okazji zapewnienie, że pojki nie przeszłyby w moje ręce, gdyby ich właściciel nie miał pewności, że nic mi się nie stanie. I tym sposobem był chyba bardziej pewny moich zdolności ode mnie samej.
Szybko jednak przekonałam się, że nawet po zetknięciu materiału ubrań z ogniem nie zajmuje się on wcale płomieniem. Nieco później dowiedziałam się co prawda, że pozostawia na nim za to czarne ślady, lecz te akurat stosunkowo łatwo można zniwelować. W przeciwieństwie do wrażenia, jakie robi na człowieku takie doświadczenie.
W końcu nie codziennie ma się okazję obcować z takim płomieniem. Tym bardziej, że towarzyszy temu zupełnie inne uczucie niż przy oglądaniu takiego pokazu nawet na niezbyt odległej scenie. A nawet i bez odgraniczającej widownię bariery. Ten rodzaj bliskości ognia wywołuje zupełnie inne odczucia. A przy tym świadomość, że każdy ruch wykonany rękami ma tu duże znaczenie. I w moim przypadku, po części także dumę, a w dużej mierze - radość. Że udało mi się jednak wykonać parę, nawet tych najbardziej podstawowych, trików. No i wydaje mi się, że przy okazji również kilka dobrych ujęć fotograficznych.













A tu i ja!




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz