Wegańskie warsztaty słoikowe

Choć na blogu może aż tak bardzo tego nie widać, to w moim życiu dzieje się ostatnio naprawdę wiele. I tak właściwie to właśnie dlatego nie pojawia się tutaj jeszcze więcej nowych wpisów. Mimo tego, że parę dodatkowych rzeczy do opisania na pewno by się znalazło. Tak jak i chociażby te wegańskie warsztaty ze słoikami w roli głównej. Z ich powodu zresztą nie było mnie tutaj przecież przez blisko 8 dni w drugim tygodniu września. Przez pierwsze pięć z nich pochłonęła mnie bowiem szkolna rzeczywistość, połączona z kolejnymi jazdami na prawo jazdy i wstępnymi przygotowaniami do mojej małej 'imprezy' urodzinowej. Co prawda okazało się, że nie wymagało to ode mnie załatwiania praktycznie żadnych formalności i może nawet poradziłabym sobie ze wszystkim sama, ale i tak cieszę się, że część obowiązków spoczęła jednak na drugiej (prawie)solenizantce - Natalii.
Tym też sposobem ja mogłam zająć się głównie pieczeniem ciast - jednego na bazie kaszy manny z herbatnikami oraz tradycyjnie, jak przystało na tą okazję, tortu. W tym przypadku z kremem chałwowym, umieszczonym między tradycyjnymi blatami biszkoptowymi oraz takimi z dodatkiem kakao. A po zjedzeniu kawałka tego wypieku, razem z wszystkimi gości, przystąpić oczywiście do gry w planszówki. Lub też inne oferowane nam przez toruńskie centrum "Feniks" gry.
I mimo, iż początkowo nie byłam stuprocentowo przekonana, czy aby na pewno wszystkim spodoba się taka forma spędzenia wieczoru, to był to jednak zdecydowanie trafiony pomysł. Wiem zresztą, że nie tylko mi się on ostatecznie spodobał, a przy okazji był niewątpliwie dobrym sposobem na integrację całej grupy.


Warto jednak zauważyć, że tytuł posta sugeruje jednak nieco inną tematykę. I nie jest to wcale żadna pomyłka, bo jeszcze tej samej nocy, tuż po powrocie do domu, musiałam zająć się od razu kupnem biletów na pociąg. A następnie, po całych trzech godzinach snu, ponownie szykować się do wyjścia. Na szczęście byłam już jednak przygotowana na ten wyjazd, gdyż dwa dni wcześniej Karolina z radością powitała mnie w szkole informacją, bym nie zapomniała spakować się na swoje urodziny. Jakkolwiek tajemniczo nie brzmiałaby ta wskazówka, udało mi się ją jednak odszyfrować, a nawet odgadnąć, co za niespodzianka czeka mnie w niedzielę. A były to oczywiście wegańskie warsztaty ze słoikami w roli głównej.


Prowadzone przez Martę Dymek warsztaty od początku nie były mi zresztą tak zupełnie obce. Jadłonomię odwiedzam bowiem dosyć regularnie i po części to właśnie dlatego siostra przekazała dalej wiadomość, iż będą one dla mnie dobry wyborem. Powiedziałam jej przecież, że sama rozważałam kiedyś uczestnictwo w jednym z nich. I choć cena takiego spotkania wydawała mi się nawet całkiem przystępna, a odległość do przebycia wcale nie taka duża, to mimo to nigdy nie zdecydowałam się na wzięcie udziału w jednym z nich. Tym bardziej ucieszyłam się więc, że zrobił to za mnie ktoś inny. No a wtedy nie miałam już wyjścia - 'musiałam' wybrać się na tą krótką wycieczkę do Poznania.



Nie ukrywam jednak, że równie mocno ucieszył mnie fakt, że nie będę podróżować sama. Nawet jeśli w połowie drogi do celu rozdzieliłam się z Karoliną, wsiadając do innego, szybszego pociągu, i spotkałam się z nią ponownie dopiero po zakończeniu warsztatów. Wtedy też niemal od razu musiałam zdać jej relację z całego wydarzenia. 'Niemal', bo najpierw jeszcze przeszłyśmy do drugiej części budynku, w której to odbywała się degustacja także innych, zamkniętych z słoikach przetworów. Choć tak właściwie nie tylko przetworów, bo wśród rozłożonych na stołach przekąsek znalazło się także bezglutenowe brownie czy seitan w zalewie. Mi osobiście bardzo smakował także humus, którego to domową produkcję planuję już od... dawna.



W każdym razie na pewno zdecydowanie dłużej od pomysłu stworzenia własnego ketchupu. A ten udało mi się na owych warsztatach właśnie zrobić. Choć nie do końca taki znowu mój, i nie robiłam go też samodzielnie, to jednak niewątpliwie miałam swój wkład w procesie jego tworzenia. Zaskoczyło mnie przy okazji, że nie jest on wcale aż tak pracochłonny, jak i czasochłonny. Co prawda wersja mojej grupy, która jako ostatnia rozpoczęła jego gotowanie, nie była jeszcze idealna, lecz dwóm pozostałym ekipom trzy godziny trwania warsztatów w zupełności wystarczyły. Nawet mimo tego, że utrudnione było uzyskanie w pełni gładkiego produktu (wymagającego kilkakrotnego przecierania przez sito) według mnie w niczym nie zaszkodziło to efektowi finalnemu. Robiąc taki ketchup w domu, sama zdecydowałabym się zresztą jedynie na proces długotrwałego blendowania, który to całkiem dobrze rozdrabnia większość wygotowanych skórek pomidorów na mniejsze kawałki.
No i generalnie chętnie odtworzyłabym w domu smak pikantnego ketchupu, który to chyba najbardziej przypadł mi do gustu. Choć wydaje mi się, że nie smakuje on do końca tak jak kupne produkty tego typu, to myślę, że można go jednak spokojnie tak nazwać. No i tak właściwie jest to według mnie jego zaleta, bo dzięki temu nie przytłacza on za bardzo swoim smakiem reszty dania.


Poza tym każda z grup wyprodukowała także po jednym rodzaju pesto. Tym sposobem otrzymaliśmy wersję pietruszkową, na bazie koperku, a także z suszonych pomidorów w oleju. Dwie pierwsze posiadały według mnie pewną goryczkę, przez co smakowały mi nieco mniej. Bardzo polubiłam za to ten trzeci rodzaj. I chyba nie byłam w tym wyborze odosobniona, bo to ta wersja najszybciej zniknęła ze stołu.


Większość uczestników warsztatów stwierdziła jednak, że najlepszym z wyrobów była grusztarda. To akurat jedyny z wyprodukowanych przez nas przetworów o słodkim smaku. Chociaż, jak sama nazwa wskazuje, nie była to też tradycyjna konfitura z tych owoców. Dzięki dodatkowi octu, gorczycy i może jeszcze paru takich samych przypraw, w smaku można było bowiem odnaleźć pewne powiązania z samą musztardą. Aromat pieczonych gruszek wzbogacony był więc o nieco bardziej wytrawna nutę nie do końca standardowych dodatków.
Niemal na równi, jeśli chodzi o liczbę zwolenników, był chyba również ajwar dyniowy. Ajwar, czyli pasta z pieczonej papryki oraz bakłażanów. W tym przypadku pozbawiona jednak dodatku tego drugiego warzywa, a za to wzbogacona o słodką dynię butternut oraz masło orzechowe. Myślę, że to zestawienie samo w sobie było już niemal gwarancją sukcesu. Przynajmniej jeśli chodzi o moje preferencje. Wiem już bowiem, że koniecznie muszę w tym sezonie zdobyć ten rodzaj dyni, upiec ją i zjadać nawet solo, bez żadnych dodatków.


Póki co mam jednak jeszcze mały słoiczek tej pasty, który dostałam wychodząc z warsztatów. Każdy z uczestników otrzymał bowiem co najmniej porcję każdego z wyrobów. Nie ma jednak co ukrywać, że wszyscy z chęcią zabrali ze sobą więcej zapasów. Nawet jeśli po wyjściu z warsztatów każdy czuł się już zdecydowanie najedzony. Nie sposób było przecież nie próbować co chwilę przygotowywanych składników. Świeże pomidory, dojrzałe gruszki czy pieczona dynia same w sobie także kusiły swoimi walorami. No i nie można było przecież pozostać obojętnym wobec polecenia Marty, by koniecznie próbować przetworów na każdym etapie ich przygotowań i sprawdzać, jak w trakcie zmienia się ich smak. Nie krępowałam się więc zbytnio, chodząc z łyżeczką dookoła blatu i smakując wyrobów poszczególnych grup.



Już bardziej stresowało mnie robienie zdjęć, gdyż nieco dziwnie czułam się, dołączając do całej grupy fotografujących (jedzenie oraz siebie nawzajem) osób. Zwykle jestem jednak stosunkowo odosobniona w swoim zajęciu. No i przy okazji nie przepadam za stałym nadzorem kamery, szczególnie jeśli ma się on wiązać z pozowaniem do zdjęć. Na szczęście jednak robienie takich ujęć nie zajmuje zbyt wiele czasu, więc jego resztę można było przeznaczyć na efektywną pracę oraz... rozmowy rzecz jasna. Lubię bowiem wychodzić z wszelkich tego typu warsztatów bogatsza o doświadczenie, jak i pewną wiedzę. A w tym przypadku mogłam przy okazji przekonać się, że pasteryzowanie nie jest wcale tak skomplikowane, jak mi się jeszcze niedawno wydawało. I utwierdzić w przeświadczeniu, że samodzielnie zakonserwowane przeze mnie w tym roku buraki dotrwają może do kolejnej zimy. Nawet jeśli było to moje pierwsze podejście do tego tematu.

Specjalnie dla Karoliny bonus w postaci zdjęć z drogi powrotnej.
Bo wyjątkowo to ona robiła zdjęcia mnie śpiącej w pociągu, a nie odwrotnie.

5 komentarzy:

  1. Zawsze chciałam uczestniczyć w warsztatach kulinarnych :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Plan całkiem możliwy do zrealizowania. Może też masz niedługo urodziny lub jakieś inne święto? ;D

      Usuń
  2. dobrze się spało? :D
    bardzo chciałaby uczestniczyć w takich warsztatach z Panią Martą! świetna sprawa i jak widać mnóstwo pyszności :) zdecydowanie warto uczestniczyć, a tym zamykać takie smaczne składniki w słoikach :) - super!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc... po przebudzeniu tak ścierpła mi noga, że przez dobrych parę minut nie mogłam nią ruszać. Gdyby nie nadgorliwa Karolina pewnie było by ich nawet więcej ;)
      Ale mimo tego późniejszego poczucia niewyspania - rzeczywiście świetna sprawa.

      Usuń
  3. Fajny pomysł. U mnie niedawno był dzień słoikowy przy przerabianiu aronii :D.

    OdpowiedzUsuń