Kuchnia Starego Torunia

Nie jest żadną tajemnicą, że przez ostatnie dwa miesiące pracowałam (bardziej lub mniej intensywnie) w restauracji "Stary Toruń". Dla osób spoza piernikowego miasta małe wyjaśnienie - jest to dosyć popularna pierogarnia, niemal w samym centrum miasta. Zdobycie tej pracy okazało się być z resztą nie takie trudne, jak mi się początkowo wydawało. Choć formalności oczywiście zrobiły swoje - wykonanie niezbędnych badań, roznoszenie CV i reszta tego typu spraw zajęły mi trochę czasu, lecz już z początkiem lipca oficjalnie rozpoczęłam pracę w tym lokalu.

W pierwszym miesiącu głównie w weekendy, mając tym samym jeszcze dużo wolnego czasu do dyspozycji w środku tygodnia. W sierpniu, po powrocie z Francji, spędzałam tam za to niemal każdy dzień w przeciągu ostatnich dwóch tygodni swoich wakacji. Po ostatnim dniu pracy, wracając całkiem pustym autobusem nocnym do domu, dziwnie czułam się więc bez perspektywy szybkiego powrotu do tego zajęcia. Choć oczywiście miałam taką możliwość. I mimo to jednak z niej nie skorzystałam. Taka praca ma bowiem oczywiście swoje zalety, jak też i wady. A jedną z tych pierwszych jest akurat niewątpliwie możliwość ich poznania.

Przytulne miejsce pracy

Zacznę więc może od pierwszego aspektu, który (nie jest ani wadą, ani zaletą takiej pracy, ale...) mnie osobiście bardzo zaskoczył. A dotyczy on rozmiarów kuchni. Jedna osoba zapytała mnie, czyżby w takim razie była ona aż taka wielka? Nie, wręcz przeciwnie. Sama kuchnia jest według mnie po prostu mała i z początku może być aż ciężko uwierzyć, że to w niej powstają pierogi dla wszystkich gości, siedzących w tym obszernym jednak lokalu. Dokładnych wymiarów co prawda nie podam, bo nigdy nie byłam dobra w ocenianiu odległości 'na oko', ale mimo częstego przemieszczania się z jednej strony kuchni na drugą swoich wyników w biegu na sto metrów raczej nie poprawiłam. Tym bardziej, że zwykle był to bieg z przeszkodami. Przydatna była więc za to umiejętność wciągania brzucha, tak aby zmieścić się między osobą stojącą przy kuchence gazowej, a szukającym czegoś w lodówce pracownikiem z drugiej strony.


Lepsza niż siłownia

Od początku nie ukrywałam także, iż jest to praca ciężka. Chociażby pod względem fizycznym. W końcu nie każdy będzie w stanie pracować bez ustanku przez te ponad osiem godzin dziennie. Szczególnie, że zwykle ten czas jest jednak dłuższy, a i praca po kilka dni z rzędu jest zupełną normą. Choć cieszę się, że układający grafik nie dopuszczają do konfiguracji, w której osoba przychodziłaby na popołudniową zmianę, po czym miałaby stawić się w pracy kolejnego dnia rano. Cztery godziny snu (przynajmniej w moim przypadku) chyba by jednak nie wystarczyły, aby potem w pełni efektywnie pracować.
Na początku bałam się z resztą, że wstawanie o piątej rano będzie dla mnie samo w sobie wyzwaniem. Udało mi się jednak ani razu nie zaspać i zawsze punktualnie stawiałam się w pracy. Tak jak i zawsze starałam się punktualnie ją opuszczać, by zdążyć na ostatni autobus jadący na moje osiedle. Po mniejszych bądź większych 'negocjacjach' i biegu przez brukowane uliczki Torunia na szczęście i to zawsze się udawało.

Gorąca atmosfera

Poza tym w trakcie pracy... bywało różnie. Przede wszystkim chyba nikogo nie powinien zdziwić fakt, iż atmosfera na kuchni zależała głównie od tego, kto w niej aktualnie przebywał. Zdarzały się bowiem osoby, które wprowadzały nerwowy nastrój, wciąż poganiając innych do roboty i denerwując przy tym co raz bardziej nawet samych siebie. Na szczęście były jednak i takie, które potrafiły spokojnie wypełniać swoje obowiązki i robić to równie sprawnie, a może nawet i lepiej, niż te z pierwszej grupy. Przy czym mi osobiście nie przeszkadzała nawet narzucana czasem, w sytuacjach kiedy klienci przybywali rzeczywiście wyjątkowo licznie, presja, mająca zmobilizować całą załogę do szybkiego działania.
Choć oczywiście najlepiej pracowało mi się w dosyć luźnej atmosferze, gdy też to ruch nie był zbyt duży, ale też nie zerowy. I nie zaprzeczę tutaj, że rzucane w międzyczasie żarty czy lecąca w radiu piosenka o znanym tekście były zawsze idealnymi 'umilaczami' czasu. Z tego też powodu niektóre z letnich przebojów tego roku zapewne już na zawsze kojarzyć mi się będą z tym właśnie doświadczeniem. I dzięki temu mogę teraz swobodnie wtórować wykonawcom podczas ich refrenów, mimo że nawet nie wiem kim oni są, ani nie znam tytułów tych piosenek (no może oprócz dwóch, które to najbardziej zapadły mi w pamięć i specjalnie wyszukałam je już po zakończeniu pracy).


Przy okazji przypomniało mi się jeszcze, że miałam 'odwdzięczyć się' szefowi kuchni za tych parę celnych strzałów, dzięki którym zwinięte w kulki kawałki zielonego papieru trafiały nie prosto do kosza, a wcześniej jeszcze we mnie. I tak właściwie chyba jeszcze będę miała ku temu okazję, bo mimo że do pracy w tym miejscu póki co wracać nie zamierzam, to chętnie zagościłabym na drugim piętrze lokalu i zobaczyła chociaż jak akurat idzie praca. No i przywitała się oczywiście z paroma osobami, które były dla mnie szczególnie miłe i wyrozumiałe jeśli chodzi o moje wpadki. Zwłaszcza wtedy, gdy to po raz kolejny przeze mnie starta misek spadała z półki czy też wyjątkowo udało mi się 'zaczadzić' niemal całą (przy okazji oczywiście dosyć duszną) kuchnię z użyciem tylko jednej kromki chleba oraz mikrofalówki. Tym bardziej, że mimo to usłyszałam jednak od kilku pracowników, że całkiem dobrze sobie radzę i chętnie zatrzymali by mnie tam na dłużej.

Przebywając na kuchni, moje trampki prawie zakamuflowały już swój niebieski kolor.
Przy czym na wf kupię chyba jednak nową parę.



Szczypta tajemnicy

I choć ja akurat chętnie opisałabym tutaj bardziej szczegółowo sposób funkcjonowania całej kuchni, to niestety klauzula poufności nieco mnie od tego powstrzymuje. Myślę jednak, że śmiało mogę przekazać wszystkim informację, iż farsze oraz ciasta na pierogi robione są tam na miejscu, od podstaw, z 'surowych' składników. Tak jak z resztą i kluski, placki ziemniaczane czy też słodkie wypieki. Mam więc nadzieję, że to co tu ujawniam nie będzie w żadnym wypadku potraktowane jako wiedza tajemna, a raczej jako ciekawostki, które mogą jak już jedynie przybliżyć nieco lokal od tej strony do jego klientów. Ci przecież nie mają okazji nawet zobaczyć ubranej na biało załogi kuchni, a tylko wychodzące z "Gotowalni" kelnerki i ewentualnie czasem, kończącą akurat pracę po porannej zmianie, część kuchennej ekipy "Starego Torunia".

2 komentarze:

  1. W te wakacje również pracowałam tak jak Ty :) W dość renomowanej restauracji pod nazwiskiem Pani na "G" :) Doświadczenia i wspomnienia mam niemal takie same, choć parę rzeczy bardzo mnie zaskoczyło, ale dotyczą one ostatniego punktu, klauzula obowiązuje, nie? ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nominowałam Cię do zabawy - szczegóły u mnie na blogu, zapraszam.

      Usuń