Francusko-hiszpańska kuchnia

Chyba co najmniej dwie osoby, bezpośrednio po moim powrocie z Francji, zadały mi pytanie: "Jadłaś ślimaki?". A ja zgodnie z prawdą musiałam odpowiedzieć, że (niestety) nie. Mimo, że danie to było na mojej liście rzeczy do posmakowania, nie dane mi było go spróbować. Nie spotkałam się z nim bowiem w żadnej z okolicznych knajpek czy też restauracji. Jedynymi miejscami, w których zobaczyłam te małe stworzonka były górskie ścieżki oraz zamrażarki w supermarketach. I choć w tej drugiej formie nadawały się bezproblemowo do spożycia, to na pierwszy rzut oka niezbyt różniły się od tych, które można znaleźć w dużych sklepach również i w Polsce.


Postanowiłam więc, iż nie będę specjalnie starać się posmakować wszystkich najpopularniejszych francuskich przysmaków, a postawię na lokalną kuchnię francusko-hiszpańską. Region, w którym przebywałam dosyć mocno identyfikuje się bowiem z hiszpańską Katalonią i można tam znaleźć wiele produktów powiązanych z tamtym regionem. Zresztą nie tylko spożywczych, bo można tam też odnaleźć np. liczne stoiska z pochodzącymi z tego kraju espadrylami.


Natomiast jeśli chodzi o tą pierwszą grupę, na prowadzenie wysuwają się katalońskie kiełbasy. W każdym sklepie można było zobaczyć specjalne stoiska z tymi wyrobami. W niektórych oczywiście mniejsze, w niektórych większe, ale zawsze było tam co najmniej parę rodzajów przyprawionego mięsa do wyboru. Dodatkowo jego część leżała spokojnie na półkach, a reszta podwieszona była na sznurkach. Te tradycyjnie przygotowane w Hiszpanii kiełbasy wieprzowe powstają bowiem w procesie długotrwałego suszenia, pokrywając się przy okazji cienką warstwą jadalnej pleśni, która potrzebuje stałego dostępu do powietrza. Poza tym jednak mogą się one znacząco różnić dodatkami i poprzez to także wyraźnie różnić w smaku. A dzięki licznym wizytom na targach, miałam okazję spróbować nie tylko najprostszych rodzajów fuet, ale także kiełbasy z grubą warstwą pieprzu na zewnątrz czy też orzechami w jej środku.


W restauracjach za to stałą pozycją w menu były mule. Przyrządzane na różne sposoby i zwykle podawane z wybranymi przez klienta sosami. Następnie układane w małym garnuszku i tak też przynoszone do stołu. I choć pierwsze, co o nich usłyszałam to to, że są niesmaczne i mają nieciekawy zapach, wybrałam je na kolację już pierwszego dnia wycieczki. Jeśli chodzi o oryginalny zapach to w tym przypadku zdominował go chyba aromat śmietankowo-czosnkowego sosu, w którego towarzystwie mule okazały się naprawdę smaczne.
A jako, że owoców morza jest w tych okolicach pod dostatkiem miałam okazję spróbować także kalmarów. W dwóch odsłonach, choć zdecydowanie bardziej od smażonych w głębokim tłuszczu krążków kałamarnic w cieście, smakowały mi te lekko podsmażone wraz sosem pietruszkowym.


I choć wpis zaczęłam od zaprzeczenia faktu, iż udało mi się posmakować wszystkich francuskich przysmaków z mojej listy, to chociaż połowę z nich mogłabym jednak spokojnie odznaczyć. Wśród tej grupy byłyby chociażby m. in. maślane croassainty, słodkie makaroniki czy cienkie crepes.
Przy czyż żadna z tych pozycji nie powinna raczej dziwić nikogo, kto już był we Francji. Typowe dla tego kraju rogaliki znają zresztą na pewno nie tylko te osoby, gdyż zjeść je można już niemal wszędzie. Makaroniki to już nieco mniej powszechnie znana pozycja, choć mam wrażenie, że i te ostatnio zwieszają swoją popularność. I choć moje pistacjowe ciasteczko było dla mnie nieco za słodkie, to bardzo podobała mi się jego konsystencja - chrupiąca warstwa zewnętrzna i nieco ciągnący się, miękki środek.


Nazwa crepes mogła by być tak właściwie przetłumaczona jako naleśniki. Według mnie jest to jednak sytuacja podobna do przekładania angielskiego pancakes na język polski. Crepes musi być bowiem stosunkowo cienki i najlepiej jeśli jest podany z niezbyt grubą warstwą smarownego nadzienia. Ponadto charakterystycznym jest, że we Francji można je kupić niemal na każdym rogu ulicy. Najczęściej z Nutellą, nakładaną wprost z pięciokilogramowego słoika, choć można poprosić także o dodatek samego cukru, dżemu czy też kremu kasztanowego.


To, co jeszcze nasuwa mi się na myśl, jeśli chodzi o francuską kuchnię, to oczywiście wina. Są one tutaj naprawdę stosunkowo tanie i powszechnie dostępne. Choć jak się okazało, zakaz picia alkoholu na plaży obowiązuje i w tym przypadku, ale nie jest to aż tak bardzo rygorystycznie przestrzegany. Tematu jednak rozwijać nie będę chociażby ze względu na moją (jeszcze) niepełnoletniość.
Mogę za to dodać, że bardzo spodobał mi się zwyczaj podawania wody w restauracjach i innych tego typu lokalach. Do każdego stolika zwykle od razu przynoszona była bowiem odpowiednia ilość kieliszków oraz butelek wody, o których ponowne napełnienie można było bez ograniczeń swobodnie poprosić. Według mnie to bardzo przyjemny i praktyczny zwyczaj, nawet jeśli pogoda była w tym czasie tak samo upalna jak w Polsce, gdzie się tego niestety nie praktykuje.

4 komentarze:

  1. bardzo ciekawa relacja :) ja z Francji właśnie najlepiej pamiętam smak croissant'ów oraz naleśników, jednak żałuję, że nie miałam okazji spróbować makaroników - co koniecznie muszę nadrobić :)
    piękne zdjęcia! jak zawsze ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja oczywiście uważniej przeczytałam tę część relacji, która dotyczy słodkości :-) Super podróż i ciekawa relacja.

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja się znów zachwycam Twoimi zdjęciami...

    OdpowiedzUsuń