Francuski wypoczynek

Jak już pisałam w moim małym podsumowaniu połowy wakacji, ta ostatnia, dość długa nieobecność na blogu spowodowana była wyjazdem. Do Francji, tuż przy granicy z Hiszpanią. W trakcie pobytu w tym kraju zdążyłam bowiem przejechać wzdłuż całej tej linii, choć większość czasu spędziłam jednak i tak w okolicach wschodniego wybrzeża.



Sam wyjazd zaczął się jednak od podróży samolotem. Z wyczekiwanego przeze mnie już co najmniej od roku, bowiem pierwszego w życiu przelotu tym środkiem transportu, bardzo się cieszyłam i nie zawiódł mnie on ani trochę. Były piękne widoki, wielkie wspaniałe chmury i 'zatykające się' uszy. Na miejscu przesiedliśmy się jednak od razu z powrotem do samochodu i szybko dotarliśmy do hotelu.


W samym Argeles-sur-Mer przez większość czasu wylegiwałam się na plaży lub kąpałam w przesłonym morzu, choć nie zabrakło i takich atrakcji jak granie w mini-golfa, wizyta w aquaparku czy jazda na wypożyczonych rowerach. Codziennie też gościłam na pobliskim ryneczku i chętnie próbowałam lokalnych produktów, które sprzedawcy tak chętnie wręcz wciskali w ręce przechodniów.



A jako że nieco dalej, w głąb kontynentu, znajdował się dom, w którym od pewnego czasu mieszka mama jednego z moich towarzyszy podróży, zagościliśmy również i w tamtym miejscu. Sam budynek otoczony jest rozległym ogrodem z po części dziką, a po części celowo, wyhodowaną roślinnością. Dzięki temu mieliśmy stały dostęp do świeżych warzyw i owoców, a w zamian za pomoc w m. in. zbiorach żółtej fasolki szparagowej, pozwoliłam sobie zjadać większość z dojrzałych już pomidorów.


A jako że oddaliliśmy się już nieco od morskiego wybrzeża, zajęcia szukaliśmy głównie w zwiedzaniu i chodzeniu po górach. Odwiedziliśmy kalcytowe groty, zamek Rennes-le-Chateau i naprawdę piękne, średniowieczne miasteczko w Carcassonne.



Nie zaprzeczę jednak, że w pamięci najbardziej utkwiła mi wizyta w górach. Miała być to niezbyt forsowna wędrówka na szczyt Pic de Bugarach. Jak można się już jednak domyślić, nie obyło się bez niespodziewanych przygód. Idąc śladem siostry odłączyłam się bowiem od grupy i poszłam przodem 'na własną rękę'. Po chwili wyprzedziłam również i Klaudię, idąc dalej drogami, które wydawały mi się najczęściej uczęszczane. W pewnym momencie jednak piaszczysty szlak zmienił się w pełną kamieni ścieżkę. Po chwili wątpliwości postanowiłam mimo to i tak wdrapać się na szczyt, idąc po coraz bardziej stromej ściance wspinaczkowej. Zniechęciłam się dopiero wtedy, gdy po dojściu na małą polankę, kolejna skała okazała się być już nawet nie pionowa, ale nachylona w moją stronę. Wszczęłam więc małą akcję ratunkową i cała ekipa zaczęła szukać mnie po nieznanych ścieżkach, podczas gdy ja, bez asekuracji, za to bardzo ostrożnie, schodziłam ze skał. Na szczęście Aneta w pewnym momencie, gdy już miała zrezygnować ze wspinaczki po stromym zboczu, usłyszała mój głos i skierowała mnie w porośnięte drzewami tereny. Tam też spotkałyśmy jeszcze dwie turystki-francuzki, które musiałam usilnie przekonywać, że po wejściu nieco wyżej nie zastaną tam wcale dalszej ścieżki. Na szczęście panie w końcu mi uwierzyły i razem z nami zaczęły schodzić w głąb lasu. A stamtąd na ścieżkę, gdzie już czekała mama. Zestresowana, ale szczęśliwa, że się znalazłam i poza paroma zadrapaniami na nogach i rękach nic mi się nie stało.


Przedtem jeszcze, przed ostatecznym wyjazdem z tego miejsca, zdążyliśmy zrobić sobie całodniową wycieczkę na zachodnie wybrzeże. Celem wyprawy było rzecz jasna wykąpanie się w oceanie. I choć okazało się, że trafiliśmy tam akurat w porze odpływu, kiedy to fale są stosunkowo małe, i tak nikt nie żałował tych paru długich godzin spędzonych w samochodzie. W porównaniu do morskich fal, te na Atlantyku i tak były duże i nawet przy brzegu potrafiły spokojnie przewrócić człowieka. Szczególnie gdy ten akurat schylał się po muszlę, których było tam naprawdę wiele.



Po tych atrakcjach nasz pobyt we Francji dobiegł jednak końca. Trzeba było przetransportować się do Hiszpanii, a konkretniej - do Barcelony. Nie mieliśmy tam jednak zbyt wiele czasu do zagospodarowania, więc postawiliśmy na spacer mniej i bardziej uczęszczanymi uliczkami tego miasta, zmierzając ciągle w kierunku bazyliki La Sagrada Falimia. I choć nie udało nam się wejść do środka, przez ciągnące się na zewnątrz kolejki o 3-godzinnym czasie oczekiwania, mieliśmy chociaż okazję obejrzeć ten, będący w nieustannej budowie, budynek z zewnątrz. A jako jego krótkie podsumowanie bardzo spodobało mi się stwierdzenie siostry, która to oznajmiła, że jej osobiście podoba się ta świątynia, gdyż jest na tyle różnorodna, że nie da się jej opisać w prosty sposób, określić jednolitego stylu czy innej klasyfikacji, a znacznie łatwiej jest ją po prostu zobaczyć na własne oczy.


Następnie udaliśmy się już prosto na to samo lotnisko, na którym rozpoczynaliśmy nasz pobyt w Hiszpanii. Dziewięciogodzinne, nocne oczekiwanie na niewygodnych fotelach nie było co prawda zbyt komfortowe, ale jakoś dotrwaliśmy do piątej nad ranem, kiedy to został podstawiony 'nasz' samolot i mogliśmy powoli przejść przez kontrolę lotniskową w celu zajęcia wygodniejszych foteli. A następnie przespania niemal całego lotu. Po takiej drzemce byłam już jednak w miarę wyspana i nawet kolejna, dosyć nużąca jednak, podróż samochodem z Torunia z Wrocławia, mnie nie uśpiła.


Kolejnego dnia byłam więc już w pełni gotowa, by odebrać swojego zwierzaka od przyjaciółki, stawić się na umówione spotkanie w centrum miasta, podszkolić swoją technikę jazdy samochodem i odebrać pierwszą w swoim życiu oficjalną wypłatę. Znowu zapowiada się pracowity okres, po wypoczynku.

7 komentarzy:

  1. Zazdroszczę Ci strasznie tego wyjazdu! Ja jeszcze nigdy nie leciałam samolotem ani nie byłam za granicą :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Oby jak najwięcej takich wyjazdów :) Mam nadzieję, że przygotujesz niedługo jakąś potrawę inspirowaną kuchnią francuską lub hiszpańską ^^ Ma gusta mucho esta idea.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Me gusta tambien, jeśli tylko mi pomożesz :D

      Usuń
  3. Pierwszy lot wciąż przede mną..w przyszłe wakacje, mam nadzieję!
    Super zdjęcia i opis podróży intrygujący, chętnie zobaczyłabym więcej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że ci się uda (i spodoba) ;)
      A zdjęć będzie więcej jeszcze oczywiście :)

      Usuń
  4. mam pytanie, czy ktoś z Twojej klasy również prowadzi bloga? znasz może adresy?;)

    p.s. świetne zdjęcia tylko zachęcają do odbycia podróży :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno Natalka - http://naturarei.wordpress.com
      Poza tym może Karolina, ale tu raczej polecam spytać osobiście, bo to rzecz bardzo zmienna ;)
      A z reszty nie kojarzę, żeby ktoś jeszcze się chwalił swoim blogiem ;)

      Usuń