Perfekcjonizm na 80%

Perfekcjonizm to coś, co z samego początku wydaje się być bardzo pożądane. W końcu perfekcjoniści na pewno robią wszystko idealnie, ich życie układa się tak, jak sobie to zaplanowali, a wszyscy w około patrzą na nich z podziwem. Pozornie rzeczywiście może się tak wydawać. Rzeczywistość oczywiście jest jednak zgoła odmienna.


Ciemna strona perfekcjonizmu

Bo perfekcjonistę przede wszystkim ciężko zadowolić. Zawsze znajdzie się przecież jakiś element do poprawy. A skoro taki istnieje to należy się tym niezwłocznie zająć, czyż nie? A gdy ta czynność będzie już wykonana, sprawdzić czy aby na pewno nie zostało coś jeszcze do udoskonalenia i zabrać się za poprawę kolejnego wadliwego elementu. Łatwo można się chyba zorientować, że tym sposobem nie prędko uzyska się efekt końcowy, prawda?
A nie dość, że zajmie to dużo czasu, to wykonawca i tak nie będzie do końca zadowolony z efektów, a i osoba oglądająca dzieło zapewne nie zauważy, ile czasu spędził nad danym projektem. Tym bardziej, że te najbardziej czasochłonne zmiany są zwykle najbardziej błahe. I tak naprawdę praktycznie wcale nieistotne.
Ponadto perfekcjonista często nie podejmuje się konkretnych zadań ze względu na to, że boi się z nich nie wywiązać. Jeśli widzi duże prawdopodobieństwo, że mu się nie uda, lub zadanie po prostu wydaje mu się zbyt trudne, często rezygnuje z podjęcia jakiegokolwiek wysiłku w danym kierunku.

W codziennym życiu

I często bywa tak również i u mnie. Wbrew pozorom czasem ciężko jest mi oderwać się od książek nie tylko dlatego, że po prostu lubię zdobywać nową wiedzę, ale także dlatego, że ciągle czuję, iż mogłabym dowiedzieć się jeszcze więcej i bardzo możliwe jest, że coś umknęło mojej uwadze lub powtórzona tylko raz informacja szybko umknie mi z pamięci.
Tak samo z pisaniem notek na bloga - często spędzam nad tym zbyt wiele czasu. Zdjęcia potrafię obrabiać niesamowicie długo, przesuwając suwakiem w tą i z powrotem o 5 milimetrów w każdą stronę, po czym i tak decyduję się na przejście do kolejnego zdjęcia i powrót do danej fotografii w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości. Również mając przed sobą napisany tekst, często modyfikuję go jeszcze poprzez zamianę napisanych przed chwilą wyrazów na ich coraz to ciekawsze synonimy. Po czym i tak wracam do pośredniej, niezbyt wymyślnej formy.


A gdyby tak sobie odpuścić?

No bo nie mogę przecież tak tego zostawić! Na pewno ktoś zauważy mój błąd, wytknie każde najmniejsze potknięcie i zaraz wyśmieje przed grupą znajomych. Albo umrę. W końcu to również może mi się przytrafić i nie jest to wcale jakaś nieprawdopodobna wizja.
A jednak udało mi się uchronić przed tym zdarzeniem już ponad 17 lat. I zdarzyło mi się także wybrnąć z paru innych sytuacji, do których nie byłam ani trochę przygotowana. Nad których realizacją nie spędziłam wcale wielu godzin i tym bardziej nie siliłam się już na dopracowywanie ich szczegółów. A skończyły się pomyślnie.
Tak samo jak zdarzyło mi się, że wykonany przeze mnie wysiłek nie został wcale doceniony proporcjonalnie do włożonej w niego energii. A tym samym spędzone nad nim godziny okazały się być czasem po prostu straconym. Takim, który z pewnością mogłabym lepiej wykorzystać na inne czynności. W ten sposób miałabym na koncie większą ilość zrealizowanych już projektów, a i stres związany z ciągłymi poprawkami powinien był się zmniejszyć.

Stresogenny ideał

Wiadomo przecież bowiem, że takie obsesyjne dążenie do ideału zdrowe nie jest. Tym bardziej, jeśli nie potrafi się go, we własnym mniemaniu, osiągnąć. Każda porażka potęguje wtedy uczucie niespełnienia i prowadzi do coraz większego napięcia psychicznego. A razem z nim pogarszają się także możliwości autoprezentacji i wykorzystania nabytych umiejętności oraz wiedzy w praktyce. To z kolei objawia się oczywiście w gorszych rezultatach osiąganych w ramach efektu finalnego, wpływając na kolejne rozczarowania.
I jak tu nie pogrążyć się w rozpaczy skoro po raz kolejny tak bardzo się starałeś, tyle razy poprawiałeś to jedno zdanie, przeczytałeś pięciokrotnie wszystkie notatki, weekend poświęciłeś na przerobienie wszystkich zadań ze zbioru, a cały poprzedni wieczór słuchałeś angielskich transkrypcji by potem... i tak znowu zapomnieć, że trzecia osoba liczby pojedynczej nie obejdzie się bez 's' na końcu, nie potrafić wyjaśnić fenomenu, według którego z twoich obliczeń wynika, iż wrzucona do wody kulka o minusowej temperaturze doprowadzi do jej wrzenia, a na końcu dostarczyć całej klasie śmiechu, wygłaszając swoją interpretację wiersza?


Nieidealnie

Może po prostu mniej się tym przejmować? Podejść do sprawy z większym dystansem? Dać sobie pewien margines błędu i przyjąć z godnością wszystkie poprawki z zewnątrz? Nie próbować od razu być idealnym, a być wystarczająco dobrym. Na miarę swoich możliwości i umiejętności. Bez narzucania sobie presji, która może sprawić efekt wręcz odwrotny do pożądanego.
Tylko i aż. Na przysłowiowe 80%. Tak jak wystarczy i zarazem potrzeba.

4 komentarze:

  1. no tak, perfekcjonizm - skąd ja to znam...zupełnie jakbym czytała w własnych myślach. na prawdę warto popatrzeć na wiele spraw z dystansem, warto się od tego uwolnić i zacząć żyć...tak swobodniej, choć nie zatracić dalej cennych wartości jakie się posiada :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nie jestem perfekcjonistką w ogóle, mogłabym być chociaż w 50% heh ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Perfekcjonizm nie jeden raz nieźle dał mi w kość. Niby wiem, że popełnianie błędów jest ludzkie, że każdemu się może zdarzyć i to naprawdę nie jest to koniec świata, a jednak... Cóż, jakoś nie wychodzi.
    Dobry tekst.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja tam już nigdy nie uwierzę w twoje posprawdzianowe jęki - nie ma mowy. :D

    OdpowiedzUsuń