Majówka w Poznaniu za pół ceny cz. II

Jak już pisałam w I części relacji z mojej wycieczki do Poznania, również drugi dzień wyprawy zapowiadał się aktywnie. Plan sporządzony zaraz po przyjeździe obejmował bowiem zakres od samego rana aż do nocy. I choć ostatecznie w ciągu dnia i tak zmieniałyśmy go co najmniej dwukrotnie, wciąż miałyśmy jakiś plan awaryjny w zanadrzu, dzięki czemu nie pozostałyśmy tak zupełnie na lodzie, a rzeczy z listy do wykonania i tak zostały ostatecznie wszystkie odhaczone.


Guided tour for Polish people

Drugi dzień zaczęłyśmy zresztą dosyć podobnie do pierwszego - od dotarcia na Rynek. Tam też przyłączyłyśmy się do grupy turystów, którzy tak jak my chcieli załapać się na darmową wycieczkę z przewodnikiem w języku angielskim. Byli tam Anglicy, Kanadyjczycy, Norwedzy, Hindusi, no i... Polacy, czyli my. Tempo zwiedzania co prawda było dosyć wolne, ale i tak udało nam się odwiedzić kluczowe punkty Starówki, a dzięki temu też wycieczka nie była wcale męcząca. Swoją drogą, kto by się spodziewał, że w fasadzie jednej z kamienic wcale nie występuje orzeł, a po prostu inny, związany symbolicznie z historią rodu jego mieszkańców, ptak (co prawda teraz brzmi to dosyć logicznie, ale to pierwsze skojarzenie nie dawało mi spokoju)? Albo fakt, że w zaaranżowanych przez współpracownika Hitlera pomieszczeniach Zamku Cesarskiego, kształcili się polscy matematycy, którzy następnie znacząco przyczynili się do złamania szyfru Enigmy? Mi przynajmniej nie był on wcześniej znany.


Rogalowe Muzeum

Prosto z tej przechadzki udałyśmy się pod budynek Rogalowego Muzeum. Tam jednak zastałyśmy dłuuugą kolejkę. Jak dla nas zbyt długą. No a przynajmniej na tyle długą, byśmy póki co zrezygnowały z usiłowania dostania się do środka. Sama wizja poznania sekretów przygotowania certyfikowanych Rogali Świętomarcińskich była jednak silniejsza i tuż po krótkiej wyprawie do antykwariatu z powrotem znalazłyśmy się pod tymi samymi bramami. Ludzi wciąż przybywało, a my coraz bardziej zaczynałyśmy się martwić, że możemy po prostu nie zmieścić się do sali. W kolejce jednak panowała wręcz rodzinna atmosfera i ponad pół godziny stania minęło zaskakująco szybko. Przed samym wejściem nastąpiła jeszcze tylko chwila zwątpienia, czy aby na pewno będziemy w grupie 'wybrańców', by już po chwili usłyszeć sympatyczne 'O, to wy, udało wam się?'.


A gdy padło następne pytanie, kto chce pomóc Rogalowemu Mistrzowi moja ręka od razu wystrzeliła w górę. Nie przeszkadzało mi nawet to, że poza mną w tej grupie znalazły się już tylko znacznie młodsze ode mnie dzieci. I tak miło było założyć na głowę kucharską czapkę i brązowy fartuszek.
Potem nastąpiło oczywiście wałkowanie ciasta pół(!)francuskiego na plaskato oraz wycinanie trójkątów małym knypkiem, by tym samym przyczynić się do przygotowania wuchty słodkiego. Wszystkie gzuby uradowane, ale i cała reszta wiaruchny po kawałku rogola świyntomarcińskiyego rzecz jasna dostała. Całe warsztaty były zresztą prowadzone równocześnie z nauką typowych dla poznańskiej gwary elementów języka - nie tylko słówek, ale także charakterystycznej intonacji.



I choć tak naprawdę nie udało nam się przygotować nawet tony rogali, ani też zjeść przygotowanej wspólnymi siłami jednej sztuki, to każdy zadowolił się kawałkiem, który wręczono mu jeszcze przed końcem pokazu. Mistrz zresztą zdradził mi, że bezpośrednio przed podaniem były one włożone na moment do nagrzanego piekarnika, by ciasto nieco się ociepliło i było dzięki temu jeszcze smaczniejsze. Poza tym dowiedziałam się jeszcze paru ciekawostek, ale tych już zdradzać nie będę. A przynajmniej nie teraz, bo kilka z tych trików, które udało mi się zapamiętać, postaram się przekazać w jednym z kolejnych wpisów, w którym mam nadzieję pojawi się także przepis na te właśnie rogale. Tak jak i zdjęcia, zrobione tuż po pokazie, kiedy to zostałam w sali jeszcze nieco dłużej, by porozmawiać z pracownikami.


Wrotkarnia, której nie było

A jako, że z Rogalowego Muzeum wyszłyśmy i tak jeszcze stosunkowo wcześnie, zgodnie z ustalonym planem, udałyśmy się w stronę Muzeum Narodowego. Specjalnie w tym celu sprowadziłyśmy zresztą do miasta także Klaudię. Okazało się jednak, że źle sprawdziłyśmy godziny otwarcia i instytucja ta była już zamknięta. Wcale nas to jednak nie zraziło i postanowiłyśmy po prostu zamienić miejscami czynność zwiedzania i jazdę na wrotkach, która miała się odbyć się dopiero nieco później.
W tym celu udałyśmy się oczywiście do wrotkarni, biorącej udział w akcji 'Poznań za pół ceny'. No a tak właściwie to chciałyśmy się udać, bowiem nasze plany i w tym przypadku nie zostały zrealizowane. Wpisanie w telefonie prawidłowego adresu okazało się być w efekcie finalnym zbyt skomplikowane, a miejsce, w którym się przez to znalazłyśmy... po prostu nie tym, do którego zamierzałyśmy się dostać. Żadna z nas nie spodziewała się przecież, iż lokal biorący udział w akcji o takiej nazwie będzie znajdował się poza granicami administracyjnymi miasta i jadąc na ulicę o podanej nazwie, ale w tym właśnie mieście, spotka nas takie zaskoczenie. I koniec asfaltu, pola, łąki, lasy.
Na szczęście jednak limit 'niewypałów' w tym dniu został w ten sposób wyczerpany i łapiąc stopa szybko dostałyśmy się z powrotem do centrum. Tam już czekał nas tylko kolejny koncert, tym razem w irlandzkim (a przynajmniej takim z nazwy) pubie.


Zakończenie tego dnia było więc, tak jak i jego rozpoczęcie, w pewien sposób podobne do tego z dnia poprzedniego. Tym razem jednak po zakończeniu koncertu rzeczywiście skierowałyśmy się już bezpośrednio w stronę domu, gdzie też szybko zmorzył nas sen.

Ciąg dalszy relacji...

9 komentarzy:

  1. Ah, no i właśnie dlatego kocham mapy i plany miast w formie papierowej - wówczas nie technika zawodzi, a co najwyżej moja orientacja w terenie, ale z tą jest akurat w porządku. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z papierowej mapy korzystałyśmy w głównej mierze, ale jeśli chodziło o podróżowanie komunikacją miejską to znacznie ułatwiały to aplikacje w telefonie.
      Zresztą w tym przypadku akurat wersja papierowa na nic by się nam nie zdała, bo adres niby był dobry i taki sam kierunek zapewne obrałybyśmy korzystając z tradycyjnej mapy ;)

      Usuń
    2. To w takim razie co? Wrotkarnia-widmo? :D

      Usuń
    3. "Żadna z nas nie spodziewała się przecież, iż lokal biorący udział w akcji o takiej nazwie będzie znajdował się poza granicami administracyjnymi miasta i jadąc na ulicę o podanej nazwie, ale w tym właśnie mieście, spotka nas takie zaskoczenie." - No czyli tak jakby... A przynajmniej w tym miejscu.
      Poza Poznaniem może rzeczywiście taka wrotkarnia istnieje, i być może stoi nawet dokładnie pod podanym adresem. Niestety nie dane nam było już tego sprawdzić ;p

      Usuń
    4. No bo właśnie czytam już piąty raz i nie mogłam zrozumieć co i jak. Wrotkarnia widmo jak nic. :D

      Usuń
    5. No bo, no.. Pojechałyśmy na Diamentową (w Poznaniu - rzecz jasna, to nam się wydawało oczywiste, bo skoro akcja 'Poznań za pół ceny' i w ogóle... czemu miałybyśmy wyjeżdżać poza granice miasta?). Wszystkie dane się zgadzały - zarówno w telefonie, jak i na mapie papierowej. Więc i wrotkarnia powinna w tym miejscu być, nie? A nie było.
      No i tym sposobem okazało się, że pewnie ta wrotkarnia nawet i istnieje, ale prawdopodobnie w jakiejś pod-poznańskiej wsi, gdzie jest ulica o takiej samej nazwie.
      Teraz jasne? ;)

      Usuń
    6. Zdaje się, że tajemnica rozwiązana! http://iglopark.pl/ - Lodowisko Iglo Park Suchy Las koło Poznania. Podkreślam - KOŁO Poznania. :D Nawet masz mapkę dojazdu, więc możesz zobaczyć o ile minęłyście się z celem podróży. :D

      Usuń
    7. Nie no teraz to ja wiem, że to NIBY ten ośrodek. Nawet wtedy już go jakoś zlokalizowałyśmy. Ale nie widziałam to nie wiem, a teraz to tak od razu nie potwierdzę, że on tam na pewno jest ;D

      Usuń
  2. ach te rogale! zawsze chciałam ich spróbować, takich prosto z Poznania ale obowiązkowo W POZNANIU!

    OdpowiedzUsuń