Herbata w dłoni

Wydawać by się mogło, że po raz kolejny skutecznie omijam świąteczną tematykę na blogu. Tym razem jednak jest nieco inaczej, gdyż te z pozoru zwyczajne zdjęcia w dużej mierze obrazują to, co robiłam pierwszego dnia świąt.

Pojechałam bowiem do babci. A tam jak to w święta bywa wypiłam trochę czarnej herbaty, posiedziałam na kanapie, porobiłam zdjęcia kuzynostwu i poszłam na długi spacer. Wyjątkowo daleki, gdyż chyba żadna z nas nie spodziewała się, iż skręcając w lewo, by tylko nieco przedłużyć sobie trasę wędrówki, za pewien czas znajdziemy się we wsi o zupełnie innej nazwie. Po dojściu do miejscowego kościoła skierowałyśmy się jednak już w stronę domu, poznając przy tym ciągle nowe okolice tego odwiedzanego niemal od urodzenia miejsca.
W międzyczasie przewinęło się wiele ciekawych tematów rozmów. Między innymi tych żywieniowych, ale także kosmetycznych czy zdrowotnych. To połączenie zmobilizowało mnie zresztą do podjęcia się wyzwania, które stawiałam sobie już od dawna. Z tym że to akurat jest już temat do kolejnego wpisu.
Póki co pozostawiam Was jednak w rękach uroczej studentki medycyny - Asi. W końcu można się teraz natknąć na wiele instagramowych mixów z wielkanocnymi mazurkami i babkami piaskowymi w roli głównej, a takich zdjęć akurat u mnie zabrakło. Mam za to (nie)swoją herbatę w (również nie swojej) dłoni.



4 komentarze:

  1. Słoń z herbatką nie gorsza, niż usta wypchane mazurkiem ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli rzeczywiście miałyby to być te ciasta w jakichś buziach to ja zdecydowanie wolę herbatę... z dłoniami czy nawet ze słoniami ;)

      Usuń
  2. Podoba i się ta herbata od której jestem kompletnie uzależniona, ten brak mazurków i ten Słoń aurory, który też chyba lubi herbatę ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Twoja nieswoja herbata w nie twojej dłoni urzeka,wiesz?

    OdpowiedzUsuń