Tarta cytrynowa z bezą

Czwartkowa, niesprzyjająca mi, naukowa aura sprawiła, iż odczułam silną potrzebę zamknięcia się w kuchni. Nie mogłam jednak spełnić tej zachcianki tak od razu, ale zbliżająca się sobota zdawała się być ku temu idealną okazją. A sama wizja od razu wpłynęła na poprawienie nastroju i piątkowy wykład spędziłam rozmyślając o tym, co mogłabym przygotować następnego dnia.
Ostatecznie w kategorii słodkości wygrała tarta, która to gościła na mojej niepisanej liście 'do zrobienia' od momentu, gdy tylko zobaczyłam ją na plakacie filmu 'Tost'. O perfekcyjnym kształcie, z intensywnie żółtą warstwą lekko kwaśnego kremu oraz pokaźną, niewątpliwie przesłodzoną, bezą. Tak przynajmniej ją zapamiętałam i w takiej wersji (no ewentualnie poza przesadnie słodką bezą) chciałam ją odtworzyć, korzystając z przepisu znalezionego na Kwestii Smaku.


I choć gotowy wyrób w mojej wersji miał jedną zasadniczą wadę - krem był zbyt wilgotny, zapewne przez zbyt krótki czas gotowania budyniu lub nieznajomość faktycznej wysokości temperatury ustawianej na obcym piekarniku - to z pozostałych składowych byłam już całkiem zadowolona. Tym bardziej, że kruchy spód i tak zachował swoją formę, stabilizując cały wypiek. A i miękkie, bardziej znaczące warstwy ładnie trzymały swój kształt, nawet po przekrojeniu, mimo że ich struktura była równocześnie bardzo delikatna. Piankowa beza i budyniowy krem charakteryzowały się przy tym oczywiście wyraźnie słodkim smakiem, który to jednak był odpowiednio równoważony przez intensywną kwaskowość cytrusów. No i mimo że moja tarta nie prezentuje się może tak rewelacyjnie jak ta z filmowego kadru, to według mnie i tak wygląda apetycznie, no i przede wszystkim smakuje właśnie tak jak powinna.

Stop, Budapeszt.

Wizyta w Budapeszcie, mimo że był to najdłuższy postój podczas naszej podróży, zajmuje stosunkowo mało miejsca w moim fotograficznym folderze. Może to dlatego, że po raz pierwszy 'prawidłowo' zwiedzaliśmy miasto z przewodnikiem? Lub tak intensywnie integrowaliśmy się w hostelu? A oba te aspekty akurat nie są dla mnie dogodną okolicznością do wyciągania aparatu. Parę sprzyjających momentów jednak również się znalazło...

Jak ten, gdy kierowca ciężarówki zostawił nas od razu w swoim pojeździe ze słowami: 'Tylko nie uciekajcie, za 10 minut powinienem być z powrotem.'

Stop, Bratysława.

Tym razem już z minimalną tylko ilością słów: drugie miejsce na naszej autostopowej mapie tych wakacji, czyli Bratysława.

Uwielbiam kolory na tym zdjęciu, choć na żywo wszystko wyglądało pewnie jeszcze piękniej (ale równie przyjemnie niebiesko i przy okazji bardziej wietrznie).

Stop, Brno.

Grupowy czat. Pomysł autostopu. Plan na 12-25 września. Kierunek Włochy. Odpowiedź: jedziemy. W optymalnym, dwuosobowym zespole. Dziewczyna i chłopak - tak by zachować pozory rozwagi i opanowania tematu.
Ostatecznie wyjazd busem niemal tydzień później - tak by gdziekolwiek dotrzeć, na dobry początek, i wcześniej zaliczyć wszystkie poprawki na studiach (lub przynajmniej próbować to zrobić przez mojego towarzysza podróży).

Pierwszy przystanek, z automatem do piwa po drugiej stronie.

Tylko luźne ustalenia i nastawienie na spontaniczność. Co teoretycznie mogłoby kłócić się z moją standardową potrzebą planowania, ale plan był! Odpocząć i zrelaksować się przez ten tydzień. Aktywnie, odkrywając nowe możliwości podróżowania i niestandardowe atrakcje turystyczne.
Błądząc po uliczkach miast i autostradach. Doświadczając serdeczności innych ludzi. I żadnych nieprzyjemności. Poza lekkim zwątpieniem w drodze powrotnej, po 7 godzinach oczekiwania na stopa na kolejnej stacji benzynowej. Wciąż jednak łączę ten fakt z naszą głęboką niechęcią powrotu do domu, do poprzedniej rzeczywistości. Po tygodniu stwierdzam jednak, że dalej chyba do końca nie wróciłam. O czym przypomina mi chociażby poniższe zdjęcie, ustawione jako tapeta na pulpicie komputera.

Spóźnione wakacje!

Dokładnie dziesięć dni temu znaczna część uczniów wróciła do szkoły. Studenci (przynajmniej pierwszoroczni, a także ci bez poprawek) z radością uświadomili sobie, że tym razem intensywna nauka (przynajmniej w teorii) zacznie się u nich o miesiąc później niż na wcześniejszych etapach edukacji. A ja właśnie dziś, 10 dni po rozpoczęciu roku szkolnego w podstawówkach, gimnazjach i liceach, miałam swój pierwszy dzień wakacji!

Od dnia dzisiejszego mam również zamiar być nieco bardziej niebezpieczna podczas nocnych spotkań na ulicach metropolii. Choć szramy na rękach w dalszym ciągu pochodzą oczywiście prosto z kuchni.

Po ostatnim, a zarazem najdłuższym chyba w tym sezonie, 16-godzinnym dniu pracy. Bezpośrednio przed wyjazdem na targi gastronomiczne, a następnie podróżą po położonych na południe od Polski krajach. Obu wyprawach zaplanowanych tak właściwie dopiero niedawno, kiedy to zadecydowałam, iż w ogóle będę mieć w tym roku pełnoprawne wakacje.