Magia przyćmionego światła

Znacie tą prawidłowość, zgodnie z którą początek wakacji to też czas choroby? Bo opada stres/adrenalina, no i w końcu po prostu jest na to czas? Ja miałam okazję dobrze się z nią zapoznać podczas 10-godzinnej zmiany w pracy, na dzień przed wyjazdem do rodzinnego domu.
A teraz od około trzech dni siedzę w domu i 'po męsku' choruję. 'Po męsku' czyli umieram, będąc przeziębioną. Co w praktyce oznacza, że oglądam głupie seriale, robię zdjęcia parapetu i bawię się programami graficznymi...

Choć przed wyjazdem w sumie też nie byłam non-stop produktywna i miałam na to czas... Siedząc sama w dużej kuchni i pijąc herbatę rooibos z waniliowym mlekiem sojowym - gorąco polecam!
W przeciwieństwie do chorowania, ale skoro już nie miałam wyboru...



Buraczane ciasto z twarożkiem i czekoladą

Tak właściwie to chyba zawsze byłam bardziej cukiernikiem niż kucharzem, jako że pieczenie sprawiało mi więcej przyjemności niż mieszanie w garach. Szczególnie mocno podobała mi się w dodatku idea przygotowywania zdrowych wypieków. Trudno jest jednak pogodzić zamiłowanie do słodkiego smaku z rosnącą niechęcią społeczeństwa do spożywania cukru. I glutenu. I nabiału. I w ogóle produktów pochodzenia zwierzęcego. A potem negowania założeń o ich szkodliwości.
Postanowiłam więc postawić na 'uzdrawianie' swoich wypieków w inny sposób. Nie poprzez pozbawianie ich kolejnych grup produktów, a wzbogacenie o jedną taką... Choć w tym aspekcie mogącą być równie kontrowersyjną, jako że warzywa w słodkich kompozycjach dalej nie są przez wszystkich w pełni akceptowanym dodatkiem.
Do tej pory pamiętam zresztą jak przez długi czas mama wypominała mi 'zepsucie' sernika przez dodatek buraczanego puree w masie. Podczas gdy ja byłam z tego wypieku bardzo zadowolona. Tak jak i z tej, kolejnej buraczanej wariacji.


Choć muszę przyznać, że burak jest faktycznie wyczuwalny w gotowym produkcie, jako intrygująca składowa, na równi jednak z charakterystyczną w smaku melasą. Bardzo dobrze komponują się one przy tym z resztą składników, a słodycz obu elementów podkreślana jest dodatkowo poprzez wyczuwalne w masie drobinki białej czekolady. W całości kontrastując z delikatnie kwaśnym twarożkiem, jak i zwieńczającą całość, kolejną słodką, tym razem jednak z akcentem gorzkim, warstwą w postaci deserowej czekolady.
Struktura buraczanego placka jest za to lekko gąbczasta, czyli równocześnie wilgotna a zarazem puszysta. Zmielony twaróg powinien mieć natomiast gładką i delikatną konsystencję, podczas gdy zastygnięta czekolada tworzy na jego wierzchu lekko chrupiącą skorupkę.
I tak oto z prostego słodko-warzywnego placka, ciasto przekształciło się w całkiem efektowny i apetyczny deser.

Sierpniowy początek

Jako że uczestnictwo w jakichkolwiek regularnych treningach sportowych, powiązanych z nauką danej dyscypliny, jest sabotowane przez mój nieregularny grafik pracy, póki co na nowo polubiłam się z biegowymi butami.

Zamiast jednoskładnikowych lodów bananowych, którymi tak bardzo zachwycałam się w ubiegłe lato, zostałam za to teraz fanką trójskładnikowej kawy mrożonej z ich dodatkiem.
No i w ogóle piję kawę - to też dość duża zmiana!

Tak jak to, że dowiedziałam się, iż rukola nie jest wcale dodawaną z nielogicznych powodów w tak dużych (względnie jakichkolwiek) ilościach do dań gorzkawą zieleniną...
Bo w niektórych zestawieniach wypada naprawdę dobrze, dzięki czemu całkiem ją polubiłam i aktualnie nie może zabraknąć jej w mojej lodówce.

A w leniwy dzień wolny od pracy (po 8 dniowym 'maratonie' i tak skróconym o jeden dzień) i tak piekę ciasto. Tym razem jednak wybitnie niewegańskie i 'glutenowe', ale za to dalej stosunkowo zdrowe. Z burakiem, melasą z winogron oraz białą czekoladą (no ta ostatnia akurat nie należy może do grona najzdrowszych produktów, ale czekolada to również jedna z moich ostatnich jedzeniowych miłości).

Bałam się. Teraz też, ale mniej.

Wmówiłam sobie, że nikogo nie obchodzi moje życie. A potem przeżyłam szok, gdy okazało się, że nie jest to prawdą. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że komuś z blisko 200-osobowej grupy studentów chciało się tworzyć plotki akurat na mój temat?

Chciałam zostać kucharzem. Wbrew nieprzychylnemu nastawieniu bliskich i psychologów. Dzięki czemu po chwili nie mogłam już zrezygnować z dążenia do tego celu, a pochwały mojej wytrwałości i determinacji tym bardziej nie pozwalały mi dopuścić do siebie myśli zwątpienia (a przynajmniej nie oficjalnie).

Bałam się powiedzieć. Czegokolwiek. Bo nauczono mnie, że słowo raz wypowiedziane jest od razu wiążące.
No i że może też tak nie wypada, bo słowo to będzie skierowane do nieodpowiedniego odbiorcy lub wypowiedziane w złej chwili. I choć naprawdę lubię niektóre konwenanse (np. do tej pory pamiętam jak po studniówce, opuszczając hotel, specjalnie ściągałam już ubrany płaszcz, by kolega mógł mi go uroczyście nałożyć na ramiona) to lista tematów tabu jest dla mnie zbyt obszerna.

Dlatego też bałam się deklaracji i stałych decyzji. Bałam się, że powiem za dużo lub będę zbyt milcząca, starając się ukryć większość informacji. Bałam się, że jednak okaże się, że źle to wszystko zrozumiałam i nie tak powinnam żyć.

Już od jakiegoś czasu trwałam w przekonaniu, że powinnam żyć chwilą - cieszyć się tym, co mam teraz i nie odkładać zbyt wiele na później. Myślą przewodnią, trzymającą mnie przy życiu, była jednak paradoksalnie myśl o śmierci. Bo co jeśli okaże się, że nie tak miało być i coś pójdzie naprawdę źle? Zawsze alternatywą było samobójstwo. A optymistyczne myśli wywodziły się właśnie z tego najgorszego scenariusza.

W międzyczasie jednak zmądrzałam. Zrozumiałam, że nie muszę decydować się na skrajności. Że nie muszę określać się teraz już na zawsze. Niby są to oczywistości, które słyszałam już wcześniej, ale potrzebowałam dość dużo czasu, by je przyswoić. A nabyte w międzyczasie doświadczenie mi w tym pomogło. By zrozumieć też, że nie ma sensu 'palenie mostów' i zaczynanie wszystkiego od początku, a lepiej wykorzystać zasoby już zgromadzone i na nich też się opierać.

I skoro chcę przestać się bać, to w końcu muszę przeciwstawić się swoim lękom. I choć nie bałam się opinii publicznej, bo na tą uodporniłam się chyba aż za bardzo, to bardziej obawiałam się reakcji bliskich i tych, którzy powinni być mi bliscy. Myślę jednak, że zrozumieją i zaakceptują, tak jak chociażby zareagowała na mój tatuaż mama. A jeśli nie, to przecież zawsze zostaje ta jedna opcja... (Potraktowana tym razem z przymróżeniem oka.) Choć nie, tak źle na pewno nie będzie, nie teraz. Tym bardziej, że teraz mam silniejsze niż kiedykolwiek postanowienie, by już nigdy więcej nie dopuścić się do stanu, w jakim byłam ostatnio.

A że nie lubię postów bez zdjęć: dzisiaj, wybiegając na autobus...

Choć dalej nieco się boję. Ale już mniej. I jestem przy tym pewna swego i znam swój cel: realizować krótko- i długoterminowe plany. Bo życie wcale nie jest takie straszne i skomplikowane. Chyba że jeszcze się o tym dowiem i zweryfikuję te poglądy. Będę się jednak tym martwić wtedy. Tym bardziej, że ta chwila miała już przecież nadejść, a oczekiwane katastrofy musiałam jednak sprowadzać na siebie sama, bo czynniki zewnętrzne wcale tego za mnie nie zrobiły.

Masło orzechowe!

W mojej kuchni dalej króluje wciąż tzw. comfort food. Szybko, smacznie i zdrowo. Wygodnie i bezproblemowo.
Obiad przygotowywuję pomiędzy nauką do kolokwium ze statystyki, a procesem produkcji masła orzechowego i szybkiem biegiem na autobus, by zdążyć na wspomniane zaliczenie. Chyba ujawniają się we mnie rodzinne skłonności, odziedziczone po siostrze, by na autobus zdążać 'na styk', tuż po krótkim sprincie. Od przyjaciółki staram się za to zapożyczać umiejętności organizacyjne i chęć aktywnego, przedsiębiorczego działania.
I tak oto, dzięki wsparciu tych dwóch matek chrzestnych pomysłu, rozpoczynam swój mały, nieoficjalny projekt. Projekt o nazwie... Masło orzechowe!