Spóźnione wakacje!

Dokładnie dziesięć dni temu znaczna część uczniów wróciła do szkoły. Studenci (przynajmniej pierwszoroczni, a także ci bez poprawek) z radością uświadomili sobie, że tym razem intensywna nauka (przynajmniej w teorii) zacznie się u nich o miesiąc później niż na wcześniejszych etapach edukacji. A ja właśnie dziś, 10 dni po rozpoczęciu roku szkolnego w podstawówkach, gimnazjach i liceach, miałam swój pierwszy dzień wakacji!

Od dnia dzisiejszego mam również zamiar być nieco bardziej niebezpieczna podczas nocnych spotkań na ulicach metropolii. Choć szramy na rękach w dalszym ciągu pochodzą oczywiście prosto z kuchni.

Po ostatnim, a zarazem najdłuższym chyba w tym sezonie, 16-godzinnym dniu pracy. Bezpośrednio przed wyjazdem na targi gastronomiczne, a następnie podróżą po położonych na południe od Polski krajach. Obu wyprawach zaplanowanych tak właściwie dopiero niedawno, kiedy to zadecydowałam, iż w ogóle będę mieć w tym roku pełnoprawne wakacje.

Pierwsze od dłuższego czasu, ale przed wszystkim pierwsze w nowym pokoju, obfotografowane śniadanie - kasza gryczana z podprażonymi jabłkami i przyprawami korzennymi, podana z rukolą w tahini.

Może jeszcze nawet zdążę się opalić, spędzając w końcu trochę więcej czasu poza pozbawioną okien kuchnią? Choć aż tak specjalnie mi na tym nie zależy i bardziej czekam na samą przygodę oraz przyjemny, aktywny wypoczynek. Póki co taki właśnie jest plan - z jedną tylko linijką zakreśloną na zielono (= ograniczoną dość mocno ilością pewników). Noclegi zaplanowane są za to w 50%, zakupy stacjonarne zrobione w pełni i do załatwienia zostały jeszcze tylko zdalne drobiazgi - takie jak sposoby płatności oraz kontaktu ze światem i reszta noclegów, wiadomo.

Miałam nie kupować tej butelki... Ale po 30 minutach stania (względnie także siedzenia na podłodze) przy półce stwierdziłam, że lepiej będzie zabrać ją ze sobą i w końcu wyjść ze sklepu.

A to wszystko mogę przecież załatwić wylegując się na krzesełku, na balkonie w nowym mieszkanku. Póki co oficjalnie bez internetu, ale już nie 'na moim końcu świata' a bliżej centrum i nie w 'dziecięcej garderobie' a pokoju nieco większym i choć z mniejszą kuchnią, to za to z kuchenką z prawdziwym ogniem. Bylebym tylko zdążyła skończyć wszystko w dwa dni i jeszcze skorzystać z piekarnika, tworząc ciasto/ciasteczka/cokolwiek na drogę!

... albo siedząc na łóżku przy otwartym oknie, jak teraz.

Mini-torcik z kremem czekoladowym

Choć pierwszy torcik zrobiony tego samego dnia nie wytrwał odpowiednio długo, by trafić w ręce adresatki, ten na szczęście udało mi się praktycznie bezproblemowo dostarczyć na przystanek autobusowy obok lotniska. Nie był to chyba zresztą wcale nietypowy widok, bo sama Karolina zauważyła mnie dopiero gdy stanęłam tuż przy niej, śpiewając 'Sto lat!'. Potem jednak już szybko zdmuchnęła fioletowo-białą świeczkę, a tort zaczęła skubać jeszcze w trakcie 20-minutowej podróży autobusowej do domu.
Co było jednak w pełni zasłużone i zrozumiałe, tym bardziej że ciasto to było robione w końcu specjalnie dla niej. A w związku z tym właśnie musiało być odpowiednio (czyli bardzo) słodkie oraz przy okazji także czekoladowo-miętowe, jako że takimi ciasteczkami to ona mnie ostatnio raczyła.


Blaty tego mini-tortu to klejące, ciągnące się w środku bezy. Z kawałkami orzechów włoskich oraz miodowym akcentem, który to właśnie sprawia, iż są tak kusząco słodkie. Pod ciężarem kremu stają się jednak bardziej płaskie, więc elementy te należy łączyć w całość dopiero na krótko przed podaniem.
Pomiędzy tymi miękkimi kołami znajduje się wtedy już nieco bardziej wytrawna, choć wciąż niepozbawiona elementów słodyczy, warstwa czekoladowa. W tym przypadku także z akcentem miętowym, a standardowo z lekko kwaśnym posmakiem twarożku.
Dla zrównoważenia całości oraz nadania ciastu lekkości w środku znajdują się również plasterki brzoskwini, choć równie dobrze (a może nawet i lepiej) sprawdziły by się tu maliny czy też borówki. Owocowy dodatek szczególnie pożądany w tak sycącym i stosunkowo ciężkim cieście, który wspaniale wieńczy słodką całość.

Magia przyćmionego światła

Znacie tą prawidłowość, zgodnie z którą początek wakacji to też czas choroby? Bo opada stres/adrenalina, no i w końcu po prostu jest na to czas? Ja miałam okazję dobrze się z nią zapoznać podczas 10-godzinnej zmiany w pracy, na dzień przed wyjazdem do rodzinnego domu.
A teraz od około trzech dni siedzę w domu i 'po męsku' choruję. 'Po męsku' czyli umieram, będąc przeziębioną. Co w praktyce oznacza, że oglądam głupie seriale, robię zdjęcia parapetu i bawię się programami graficznymi...

Choć przed wyjazdem w sumie też nie byłam non-stop produktywna i miałam na to czas... Siedząc sama w dużej kuchni i pijąc herbatę rooibos z waniliowym mlekiem sojowym - gorąco polecam!
W przeciwieństwie do chorowania, ale skoro już nie miałam wyboru...



Buraczane ciasto z twarożkiem i czekoladą

Tak właściwie to chyba zawsze byłam bardziej cukiernikiem niż kucharzem, jako że pieczenie sprawiało mi więcej przyjemności niż mieszanie w garach. Szczególnie mocno podobała mi się w dodatku idea przygotowywania zdrowych wypieków. Trudno jest jednak pogodzić zamiłowanie do słodkiego smaku z rosnącą niechęcią społeczeństwa do spożywania cukru. I glutenu. I nabiału. I w ogóle produktów pochodzenia zwierzęcego. A potem negowania założeń o ich szkodliwości.
Postanowiłam więc postawić na 'uzdrawianie' swoich wypieków w inny sposób. Nie poprzez pozbawianie ich kolejnych grup produktów, a wzbogacenie o jedną taką... Choć w tym aspekcie mogącą być równie kontrowersyjną, jako że warzywa w słodkich kompozycjach dalej nie są przez wszystkich w pełni akceptowanym dodatkiem.
Do tej pory pamiętam zresztą jak przez długi czas mama wypominała mi 'zepsucie' sernika przez dodatek buraczanego puree w masie. Podczas gdy ja byłam z tego wypieku bardzo zadowolona. Tak jak i z tej, kolejnej buraczanej wariacji.


Choć muszę przyznać, że burak jest faktycznie wyczuwalny w gotowym produkcie, jako intrygująca składowa, na równi jednak z charakterystyczną w smaku melasą. Bardzo dobrze komponują się one przy tym z resztą składników, a słodycz obu elementów podkreślana jest dodatkowo poprzez wyczuwalne w masie drobinki białej czekolady. W całości kontrastując z delikatnie kwaśnym twarożkiem, jak i zwieńczającą całość, kolejną słodką, tym razem jednak z akcentem gorzkim, warstwą w postaci deserowej czekolady.
Struktura buraczanego placka jest za to lekko gąbczasta, czyli równocześnie wilgotna a zarazem puszysta. Zmielony twaróg powinien mieć natomiast gładką i delikatną konsystencję, podczas gdy zastygnięta czekolada tworzy na jego wierzchu lekko chrupiącą skorupkę.
I tak oto z prostego słodko-warzywnego placka, ciasto przekształciło się w całkiem efektowny i apetyczny deser.

Sierpniowy początek

Jako że uczestnictwo w jakichkolwiek regularnych treningach sportowych, powiązanych z nauką danej dyscypliny, jest sabotowane przez mój nieregularny grafik pracy, póki co na nowo polubiłam się z biegowymi butami.

Zamiast jednoskładnikowych lodów bananowych, którymi tak bardzo zachwycałam się w ubiegłe lato, zostałam za to teraz fanką trójskładnikowej kawy mrożonej z ich dodatkiem.
No i w ogóle piję kawę - to też dość duża zmiana!

Tak jak to, że dowiedziałam się, iż rukola nie jest wcale dodawaną z nielogicznych powodów w tak dużych (względnie jakichkolwiek) ilościach do dań gorzkawą zieleniną...
Bo w niektórych zestawieniach wypada naprawdę dobrze, dzięki czemu całkiem ją polubiłam i aktualnie nie może zabraknąć jej w mojej lodówce.

A w leniwy dzień wolny od pracy (po 8 dniowym 'maratonie' i tak skróconym o jeden dzień) i tak piekę ciasto. Tym razem jednak wybitnie niewegańskie i 'glutenowe', ale za to dalej stosunkowo zdrowe. Z burakiem, melasą z winogron oraz białą czekoladą (no ta ostatnia akurat nie należy może do grona najzdrowszych produktów, ale czekolada to również jedna z moich ostatnich jedzeniowych miłości).